Nowy Orlean

Dzień 6 i 7

Kto oglądał kiedyś „The Originals”?  To spin off popularnego serialu pt. „Pamiętniki Wampirów”. Czyli jeden z ostatnich seriali w moim życiu, bo postanowiłam rzucić to okropne uzależnienie i jednak wysypiać się po nocach. Ale dzięki temu, Nowy Orlean dosyć wcześnie zaznaczyłam kółkiem na naszej mapie Stanów Zjednoczonych, gdy zdecydowałyśmy, że jedziemy autostopem przez Amerykę. Akcja filmu odbywa się właśnie w tym mieście i całkiem nieźle je przedstawia. Byłam ciekawa sekretów słynnej dzielnicy francuskiej, wiecznej imprezy na Bourbon Street, muzyki jazz na żywo i licznych krypt grobowych na cmentarzach. Oczywiście wszystkie te i inne atrakcje udało nam się zaliczyć. Ale zacznijmy od tego jak w ogóle udało nam się tam dostać…

Dni stawały się coraz krótsze, zmuszone byłyśmy więc wstawać coraz wcześniej. Tego poranka z okolic Shreveport miałyśmy jechać z kierowcą tira, który wieczór wcześniej oznajmił nam, że może nas wziąć nazajutrz, lecz wyjeżdża o 7 rano. Niestety zaspałyśmy, haha! Typowe dla mnie i Darii. Na szczęście nic się nie dzieje bez przyczyny i udało nam się dosyć prędko zatrzymać pierwszy samochód. Kierowcą był Roman, który jest dj-em i całą drogę puszczał nam swoje kawałki, liczył pieniądze oraz opowiadał o szalonych imprezach w NOLA. Prawie udało nam się przekonać go, by pojechał z nami. Wysadził nas na stacji, wcisnął nam do ręki plik pieniędzy (mimo, że odmawiałam), twierdząc, że w tym mieście zawsze nam się przydadzą. Chciał bardzo z nami zdjęcie, więc poprosił jakiegoś mężczyznę żeby nam zrobił, przy okazji pytając go czy nie jedzie przypadkiem w stronę Nowego Orleanu. No i zgadnijcie…

Od kierowcy o imieniu Bo można było poczuć wyjątkowo pozytywne wibracje. Tak dobrze nam się rozmawiało, że stwierdził, że pojedzie z nami do tego wyjątkowego miasta, bo to właśnie tam jego córka poznała swojego narzeczonego. Po drodze zajechaliśmy do jego domu, w którym panował przepych i artystyczny nieporządek (nie brud!). Bo stwierdził, że wynajmie nam pokój w hotelu w centrum dzielnicy francuskiej. Mimo, że nie prosiłyśmy się o żadną pomoc, wręcz odmawiałyśmy, nalegał abyśmy się zgodziły, bo dzięki temu będzie wiedział, że jesteśmy bezpieczne i poczuje się lepiej.

Ulokowaliśmy się w hotelu Holiday inn, który znajdował się 2 minuty od Bourbon Street, następnie poszliśmy przejść się tą słynną ulicą. Po jej dwóch stronach ciągnęły się charakterystyczne francuskie kamienice z balkonikami. Prawie każde drzwi zapraszały głośno grającą muzyką na imprezę. Była może szósta, okropnie duszno, a ulice pełne pijanych turystów. Nowy Orlean to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie można pić na ulicach. Kupiliśmy sobie bardzo słabe, ale ogromnie i tanie drinki i poszliśmy na lokalną gumbo soup i po-boy sandwich w restauracji, która była ulokowana w bramie. Później zrobiliśmy klasyczną rundkę po wielu pubach (a było ich mnóstwo). W co drugiej imprezowni ktoś śpiewał te same piosenki, w kilku było można wskoczyć na byka, nie zabrakło także atrakcji na zewnątrz. Zatańczyłyśmy układ z grupką ludzi, potem słuchałyśmy chłopaków z instrumentami dętymi grających na środku ulicy, no i oczywiście zgarniałyśmy korale. Niby trzeba pokazać cycki, żeby ci je rzucili z balkoniku, ale świetnie radziliśmy sobie (w tym Bo) bez tego i złapaliśmy ich mnóstwo.

Samo przejście ulicy Bourbon Street było dużo bardziej ekscytujące niż Las Vegas Strip. Gdy wróciłyśmy w to miejsce kolejnego wieczoru, odkryłyśmy, że czas jakby tam się zatrzymał. Ludzie wciąż rzucali korale, ten sam mężczyzna dawał, dokładnie to co wieczór wcześniej show, na ulicach tańczyli niezmienione układy i śpiewali identyczne piosenki. Ale wiadomo, pierwsze są jednak najlepsze!

Parę dni wcześniej upuściłam aparat i odłamał mi się kawałek obiektywu, przez co nie łączył się prawidłowo z body. Czasem udawało mi się zrobić zdjęcie, ale im później, tym częściej wyskakiwał błąd. Byłam tak sfrustrowana, że przestałam robić zdjęcia, dlatego nie mam żadnych z Texasu. Po szalonej nocy na Bourbon street, postanowiłam rano, że przejdę się do sklepu fotograficznego. Teraz krótka dygresja, bo możliwe, że tego nie wiecie. W Stanach wszystkie ceny pokazane są bez podatku, więc jeśli chcesz kupić kanapkę w sklepie i jest napisane, że kosztuje 2.99$, tak naprawdę przy kasie płacisz 3,18$… Zależnie od stanu, podatek się różnił. Okazało się, że Nowy Orlean to strefa bezcłowa i każdy podatek mogą zwrócić mi w mgnieniu oka. Kupiłam dokładnie taki sam obiektyw – (Canon 18-55 mm f/3.5), który zepsułam, do dzisiaj używam tego obiektywu na codzień, a dzięki ponownemu zakupowi doceniłam jego wartość i wciąż uczę się jak go używać.

Na Bourbon street Nowy Orlean się nie kończy, postanowiłyśmy więc porządnie pozwiedzać French Quarter w ciągu dnia. Oto moja własna lista rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić w tej okolicy:

1. Zgubić się w labiryncie dzielnicy francuskiej – bez celu, po prostu łazić i podziwiać. To jak przemieszczenie się w czasie i miejscu, bowiem nie przypomina to niczego, co dotychczas widziałam w Stanach Zjednoczonych. Dzielnica jest zachowana we francuskiej architekturze, podkreślona pastelowymi kolorami i zawieszonymi wszędzie koralikami, gdzie za rogiem wyrastają ogromne budynki i pośpiech miastowy. Na szczęście o tej porze roku udało mi się znaleść całkowicie puste uliczki.

2. Uwierzyć w duchyNowy Orlean to miejsce praktykowania voodoo, które przybyło tu w przeszłości wraz z masową ilością niewolników z Afryki i Haiti. Mimo, że byli zmuszani do katolicyzmu, nie zapominając o swoich rdzennych tradycjach swoich afroamerykańskich bogów ulokowali w chrześcijańskich świętych. Jeśli dalej myślisz, że voodoo to wbijanie szpileczek w laleczki, aby komuś sprawić ból, to odsyłam do lektur np. Andrzej Zwoliński „Świat Voodoo”. Styl nowoorleański jest mocno skomercjalizowany przez Amerykę, więc na placu Jackson Square można było znaleść mnóstwo czarowników, którzy chętnie za opłatą mogli powróżyć ci z kart. Odwiedziłyśmy też muzeum voodoo i wampirzy butik. Na jednej z pustych uliczek, czarownica z wężem w ręce rysowała rożne kształty na chodniku…

3. Odwiedzić park Louisa Armstronga – słynnego jazz mana urodzonego w tym mieście. W parku znajdziesz jego pomnik, a na ulicach i w co drugiej knajpie usłyszysz jazz.

4. Znaleść grób Marie Levaeu – nowoorleańskiej czarownicy, która miała ogromny wpływ na kult voodoo, w przeszłości próbując przekonać ludzi, że to religia chrześcijańska, dodała do kultu krzyże, czy figurki świętych. Grób królowej voodoo znajduje się na cmentarzu St Louis no 1, na który dotarłyśmy po 18 i okazało się, że jest zamknięty. Byłyśmy jednak tak ciekawe różnorodnych krypt widocznych z za krat ogrodzenia, że postanowiłyśmy się bezczelnie… włamać. Przeskoczyłyśmy przez wielką ścianę i całkowicie same łaziłyśmy po labiryncie w poszukiwaniu charakterystycznego grobu. Nie tak ciężko go znaleść, bowiem pokryty jest cały w literach „x”. Podobno moc czarownicy jest tak wielka, że jeśli postawisz 3 „x” na jej grobie, spełni Twoje życzenie, w podziękowaniu należy zostawić jej 3 podarunki. Daria, iksy postawiłyśmy, trzeba będzie wrócić z prezentami… Gdy wracałyśmy, przypadkowy mężczyzna ostrzegł nas, że nie chcemy być teraz w tej okolicy. Nowy Orlean nie należy do najbezpieczniejszych miejsc, więc szybko wróciłyśmy na główną ulicę.

5. Przejść się nad rzeką Missisipi. Dzielnica francuska znajduje się nad najdłuższą rzeką w Ameryce Północnej. Tak jak i powietrze była szczególnie ciepła. To rzeka, która wiele dała i zabrała, bowiem oprócz transportu morskiego, czy zaopatrzenia wody dla licznych wielkich miast, rzeka ta powoduje częste powodzie, jak i tragiczne katastrofy (między innymi powodzie Missisipi z 1927, 1993 i 2011 roku). Ale jak pewnie wiecie to niejedyna katastrofa, która zdarzyła się w tym nawiedzonym mieście…

Tak bym podsumowała nasze 2 wspaniałe dni w Nowym Orleanie. Miasto tak nas zafascynowało, że niechcący zostałyśmy jeszcze jeden dzień, pierwszy raz w życiu używając strony coach surfing. Mężczyzna o imieniu Atlas postanowił być naszym przewodnikiem i pokazał nam miasto z zupełnie innej, tej mniej turystycznej strony. Ale o tym w kolejnym poście!

Y’all w Texasie

Dzień 4 i 5

Texas to największy po Alasce stan w Ameryce. Nie planowałyśmy w nim żadnych konkretnych przystanków i jedyne czego pragnęłyśmy, to przejść się do prawdziwego teksańskiego baru. W pierwszym i ostatnim tego dnia samochodzie – wielkim, ubłoconym pick-upie, poznałyśmy dwóch mężczyzn z Nowego Meksyku. Ich hobby to szybka jazda kładami po polach… pod wpływem alkoholu. Przypadkiem tego dnia jechali do sąsiedzkiego stanu po jedną z zabawek. Wylądowaliśmy na teksańskiej wiosce w okolicy Wichita Falls testując kłada, nawet dali mi się przejechać jako pasażer. Chłopcy zabrali nas na pyszny obiad do baru zwanego Texas Roadhouse, gdzie kelnerka co chwilę powtarzała charakterystyczny dla tego stanu zwrot „Y’all”. Ostatecznie stwierdzili, że zawiozą nas do Dallas. Gdy powiedziałyśmy im, że jesteśmy z Europy, nie za bardzo wiedzieli, gdzie to i nie mogli uwierzyć, że to po drugiej stronie planety. Serio, pokazywałam im na GPS-ie i dalej nie wierzyli. Nie należeli do najbystrzejszych, ale niezwykle nam pomogli i byli zabawni. Na koniec przejechaliśmy się po pięknie oświetlonym nocą Dallas. Noc spędziłyśmy bezpiecznie w hotelu na obrzeżach miasta (bez nich :).

Następnego dnia na naszej drodze poznałyśmy kolejnych miłych panów, tym razem w garniturach, którzy stwierdzili, że jak już jesteśmy w Texasie, to wezmą nas na prawdziwe barbecue do ich rodzinnego miasta TylerKnajpa Stanley’s famous była w bardzo pozytywnym klimacie, ludzie niezwykle wyluzowani, a jedzenie było przepyszne. Wyrzucili nas niedaleko od granicy z Louisianą, do której udało nam się dostać tego samego wieczoru. To w tej okolicy powietrze zmieniło się na wyjątkowo wilgotne. Na stacji w Shreveport, na której wylądowałyśmy, znajdowali się bardzo dziwnie wyglądający ludzie, ale jeden mężczyzna myślał, że jesteśmy bezdomne i dał nam 5$, a kierowca tira dał nam kod i pozwolił skorzystać z prysznica. Spędziłyśmy ciężką noc w namiocie, wciąż atakowane przez wilgoć, owady i stres. Już nie mogłyśmy się doczekać aby dojechać do naszego kolejnego celu, którym był Nowy Orlean…

> NASTĘPNY POST

Incydent w Roswell

Dzień 3

Tego poranka obudził nas piękny wschód słońca tuż za miastem Albuquerque. Wszystkie nasze rzeczy schowałyśmy do wózka sklepowego, żeby nie tracić energii na noszenie ciężkich plecaków. Przy wejściu do sklepu znalazłyśmy ścianę życia z kontaktami. Gdy Daria robiła zakupy, ja ładowałam telefon z wózkiem stojącym obok mnie. Jeden mężczyzna podszedł zmieszany i spytał:
-jesteś bezdomna, czy o co chodzi…?
-ooh, nie, nie, ja i koleżanka jeździmy autostopem – odpowiedziałam rozśmieszona bezpośrednim pytaniem.

Stanie godzinami na ulicy w upale to coś czego najbardziej się obawiałam. To był właśnie dzień, w którym nas to spotkało. Ludzie podwozili nas tylko krótkie kawałeczki, większość czasu siedziałyśmy i czekałyśmy na zbawiciela. Wszyscy kierowcy pytali nas po co jedziemy do Roswell, przecież tam nie ma nic ciekawego. Na nasze pytanie, czy wierzą w to, że kosmici naprawdę tam wylądowali o dziwo szczerze odpowiadali, że tak, przecież są dowody, ale rząd wszystko ukrywa. Po drodze spotkałyśmy innego autostopowicza, który… nie miał zębów! Przez chwilę robił nam konkurencję, nawet pojawił się później drugi raz na tym samym spocie co my! Haha, ale ten świat mały!

Po spędzeniu połowy dnia wciąż w okolicy Albuquerque, powoli zaczęłyśmy powątpiewać, czy w ogóle uda nam się dojechać do Roswell i zastanawiać się czy nie zmienić kartki na „Texas”. Jednak nasz konkurencyjny autostopowicz miał dokładnie ten napis, więc stwierdziłyśmy, że nie będziemy odgapiać. Okazało się, że Daria przez pół dnia nie miała na sobie bransoletki szczęścia. I wszystko jasne…

W końcu udało się wyprosić pana na stacji, żeby zawiózł nas na autostradę prowadzącą do Roswell, mimo, że kompletnie nie było mu po drodze. Gdy już stanęłyśmy na tej jednopasmowej, całkowicie pustej drodze, pierwszy i jedyny samochód od razu się zatrzymał i zawiózł nas tuż pod wykupiony pół godziny wcześniej hotel za niecałe 10$. Tego dnia przejechałyśmy marne ponad 300 km. Wyszłyśmy na jedzenie i kosmiczne piwka, posłuchałyśmy świerszczy w centrum miasta i wróciłyśmy do obskurnego pokoju. Było miło spędzić pierwszą noc w prawdziwym łóżku od dawna.

Wstałyśmy bardzo zmotywowane w celu odnalezienia kosmitów. Roswell składa się z jednej głównej drogi, po której w kółko jeździ jeden autobus. Plecaki zostawiłyśmy w informacji. Przez pół dnia udało nam się zaliczyć prawie wszystkie atrakcje tego miasteczka:

1. Muzeum UFO, w którym znajdowało się mnóstwo zapisków z lat 40, lista osób które poświadczyły o tym, że widziały niezidentyfikowany obiekt, zdjęcia przerobione mniej lub więcej i najbardziej tandetna wystawa kosmitów, która na koniec wydzielała dym i dziwną muzykę.

2. Sklepy z pamiątkami kosmicznymi lub napisami „Area 51”, ponieważ tajemnica rzekomo badana była w słynnej strefie 51 w Nevadzie. Każdy sklepik posiadał albo wystawę, albo pokój z kukłami kosmitów, a jeden miał nawet Spacewalk, czyli fosforyzujący korytarz.

3. Meksykańską architekturę niecodziennie podkreśloną kosmicznym graffiti.

4. Jedyny na świecie Mc Donald w kształcie UFO.

Jeśli bliżej przyjrzycie incydentowi, to cała historia brzmi dużo mniej tandetnie niż samo miasteczko. Przez to, że odwiedziłam to miejsce, dużo bardziej zainteresowałam się tym tematem i jestem jedną z wielu osób, która wierzy, że w lipcu 1947 roku i nie tylko wtedy na naszej planecie pojawiło się coś nieziemskiego. Odsyłam do lektur: Charles Berlitz & William More „Zdarzenie w Roswell”; Jesse Marcel Jr., Linda Marcell „Roswell. Prawdziwa historia”.

Do dziś nie wiem dlaczego właśnie to miejsce przyciągnęło nas do siebie (może jeszcze kiedyś się dowiem), ale dało nam mnóstwo radości mimo, że spędziłyśmy tam tylko 1 wieczór i dzień.

Jeszcze gdy słońce świeciło udało nam się zatrzymać pierwszego podczas tego tripu tira, w którym poznałyśmy dwóch bardzo pozytywnych chłopaków z teksańskiego miasta Lubbock. Pomocny kierowca Ian postanowił oddać nam swoją darmową opcję nocowania w hotelu w jego mieście. Dzięki niemu kolejną noc z rzędu wyjątkowo się wyspałyśmy i to w luksusach.

> NASTĘPNY POST

Szczęśliwe bransoletki z Navajo

Dzień 2

Na szczęście udało się przeżyć noc w namiocie i rano obudziłyśmy się w pełnej gotowości aby zdobyć kolejny stan. Jeszcze nie byłyśmy całkiem pewne, gdzie jedziemy, ale zdecydowałyśmy, że naszym kolejnym celem będzie Roswell w Nowym Meksyku. Z nazwą tego stanu na kartce stałyśmy z godzinę i absolutnie nikt się nie zatrzymał, oprócz dwóch mężczyzn na teksańskich rejestracjach. Powiedzieli nam, że idą zjeść obiad i jeśli wrócą i wciąż tu będziemy, to mogą nas wziąć. Tak też się stało.

Raymond i Larry to zapaleni rowerzyści, którzy jeżdżą na niekrótkie wycieczki dosłownie wszędzie. Właśnie wracali z kolejnej przygody i trochę poopowiadali nam o swoim imponującym hobby. Na bagażniku pick-upa wieźli swoje rowery. Wybrali drogę przez Arizonę, w której z każdej strony unosił się dym od pożarów. W pewnym momencie kierowca powiedział, że zatrzymamy się w bardzo ciekawym miejscu. Był to ogromny most zwany Navajo Bridge z niesamowitym widokiem na kanion i rzekę Colorado. Było tak wysoko, że gdy patrzyłam w dół aż kręciło mi się w głowie.

Pewnie wiecie o tym, że przed tym jak Europejczycy przybyli do Ameryki, mieszkali tu ludzie zwani rdzennymi amerykanami. Do dziś istnieje mnóstwo indiańskich plemion. Nawahowie to jedno z największych plemion w Ameryce Północnej i dzięki tej przejażdżce miałyśmy okazję zawitać na terenie ich rezerwatu. Na moście indiańska dziewczyna sprzedawała różne ręcznie robione rzeczy i mężczyźni kupili nam nawahowskie bransoletki, które miały przynosić szczęście. Nosiłyśmy je przez całą resztę naszej podróży. Mam nadzieję, że kiedyś będzie okazja wrócić i zagłębić się w krainę nawahów.

Kontynuując naszą podróż krajobraz nieco się zmienił i suche kaniony zamieniły się w ogromne pola z niskimi górami. Nasi kierowcy przekonywali, że mogą nas wziąć aż do Texasu, ale uparcie stwierdziłyśmy, że musimy przynajmniej spróbować dojechać do Roswell. Ostatecznie zostawili nas w stolicy Nowego Meksyku – Albuquerque. Dziękujemy za te 800 km!

Tuż po zachodzie słońca udało nam się zatrzymać jeszcze jeden samochód, w którym chłopaki ewidentnie przewozili dużą ilość marihuany. Zostawili nas pod ogromnym sklepem, gdzie rozłożyłyśmy nasze śpiwory i przeżyłyśmy dosyć ciężką noc, na zmianę budząc się gdy jakiś podejrzany samochód podjeżdżał blisko nas…

> NASTĘPNY POST

Zion National Park

Gdy Daria pierwszy raz zaproponowała żebyśmy podróżowały autostopem, totalnie ją wyśmiałam. Pomysł ten wydawał mi się kompletnie jak z kosmosu i nie wyobrażałam sobie, żebyśmy łaziły z plecakami na drugim końcu świata. Próbując zaplanować naszą wrześniową podróż rozmyślałyśmy nad wycieczką na Hawaje. Wizja surfowania na wyspie była bardzo kusząca, szczególnie, że Mike opowiadał nam o swoim koledze Henrym, który mógłby nas tam ugościć. Jednak ceny lotów w ogóle nas nie zachęcały, bowiem wydałybyśmy na to ponad połowę zaoszczędzonych pieniędzy, a życie na Hawajach też podobno do najtańszych nie należy. Ale spokojnie drogie Muai, wciąż widniejesz na mojej liście. Większość znajomych umawiało się na wspólne, mocno zaplanowane podróżowanie, jednak znając nasze spontaniczne podejście, nie chciałyśmy uzależniać się od nikogo. Lot do Polski miałyśmy z Nowego Jorku i wciąż nie wiedziałyśmy jak się tam dostaniemy. Najszybszą opcją był oczywiście samolot. Ale czy najlepszą?

Pamiętam ten dzień jak wczoraj, gdy jeszcze w sierpniu Daria namówiła mnie, żebym kupiła mapę Ameryki, tak jak jej koleżanki z pracy. Pomysł od razu mi się spodobał i jeszcze tego samego dnia ogromna, kolorowa mapa zawisła na ścianie naszego pokoju. Patrząc na nią zdałyśmy sobie sprawę jak wielki jest ten kraj i jak wiele różnych od siebie stanów posiada. Jak mogłybyśmy wydać większość pieniędzy na lot na jedną wyspę, czy do Nowego Jorku, omijając po drodze te wszystkie nieznane tereny? Tego dnia wizja autostopu zmieniła mi się o 180 stopni. Mapa wręcz powiedziała nam, że musimy to zrobić. Musimy przejechać całe Stany Zjednoczone wszerz.

Nasza podróż miała trwać cały miesiąc, a pierwsze 2 tygodnie postanowiłyśmy tripować z Beatką, która przyleciała do mnie z drugiego końca Stanów ze swojego programu, specjalnie by zwiedzić Kalifornię. Mimo, że dobrze się nie znałyśmy intuicja podpowiedziała mi, że ta dziewczyna idealnie wklei się w nasze klimaty. W trójkę złożyśmy się na wypożyczenie samochodu. Benzyna jest tam bardzo tania i można dużo oszczędzić, jeśli tylko odstawi się auto w to samo miejsce. Na nasze szczęście Beatka wybierała się z powrotem do Kalifornii na samolot, więc mogła zabrać samochód.

Długo kontemplowałyśmy nad tym gdzie spędzić nasz ostatni wspólny dzień. Nasze ścieżki miały wkrótce się rozdzielić – Beatka miała kontynuować swoją własną podróż, a my rozpocząć naszą przygodę autostopem. Padło na Park Narodowy Zion w Utah, którego mapa sugerowała, że istnieje wyjazd z jego drugiej strony. Wydawało nam się to za idealne wyjście eliminując wszystkich kierowców, którzy wracali w stronę Las Vegas. Nie przewidziałyśmy jednak, że bardzo mała ilość osób wybierze tą właśnie trasę…

Gdy wjechałyśmy do kolejnego stanu – Utah, pierwszy raz zmieniłyśmy strefę czasową – jak to Daria pięknie ujęła – byłyśmy aż o jedną godzinę bliżej do Polski. Wielkie pustynie przeistoczyły się w piękne, ogromne skały kanionu. Wjechałyśmy do parku (wjazd to koszt 30$ za cały samochód) i charakterystyczna brązowa ulica poprowadziła nas na most z bajecznym widokiem.

Tu znajdowało się skrzyżowanie. Jedna droga prowadziła wgłąb parku, gdzie można było dojechać już tylko autobusem, a druga na krętą drogę opisaną jako scenic drive. Nie mogłyśmy się powstrzymać… Kolejna zapierająca dech w piersiach przejażdżka naszym samochodem została dodana do top 10. Nie zabrakło przystanków na podziwianie kóz górskich. To była ulica, na której nazajutrz miałyśmy łapać autostopa… Oto krótki filmik przedstawiający tą chwilę:

Następnie poszłyśmy do informacji, by podjąć decyzję co dalej. Z tamtąd ludzi zabierał autobus i po kolei zatrzymywał się przy rożnych szlakach. My wybrałyśmy Emerald Pools, ponieważ nie był za długi, a wkrótce się ściemniało. Przez 2 godzinki maszerowałyśmy w poszukiwaniu wodospadów, jednak większość z nich była prawie całkowicie wyschnięta, co często zdarza się w lecie. Gdy wracałyśmy było już kompletnie ciemno i miałyśmy szczęście ujrzeć wschód pełni księżyca.

Wróciłyśmy do samochodu by spakować wszystkie rzeczy. Powoli zaczynało do nas docierać, że za chwilę już nie będzie Beatki, ani ciepłego samochodziku, który zabierze nas wszędzie i przetrzyma nasze rzeczy. Nie mogłyśmy wyobrazić sobie lepszej kompanki, podobnie roztrzepanej, szalonej, a zarazem upartej i dążącej do określonych celów. Trio, które stworzyłyśmy było niepowtarzalne i emanowało bardzo dobrą energią. Jednak to był już czas pożegnać naszą ukochaną towarzyszkę, która musiała ruszać dalej, w stronę swojego przeznaczenia.

Ostatnie spojrzenie na Dogde’a, który odjechał z piskiem opon… I wtedy zostałyśmy kompletnie same – ja, Daria, plecaki i torba Malibu. Porzucone na pastwę losu, po drugiej stronie świata. Podłamane usiadłyśmy na krawężniku i zdałyśmy sobie sprawę, co właśnie uczyniłyśmy i zaczęłyśmy myśleć nad tym gdzie dziś będziemy spać…

Niedaleko kempingu znalazłyśmy małą plażę nad rzeczką, gdzie rozłożyłyśmy tylko maty i śpiwory. Było kompletnie ciemno i nie wiedziałyśmy jaki widok nas czeka.

Gdy z samego rana to ujrzałam, już się nie martwiłam i wiedziałam, że właśnie rozpoczęła się podróż mojego życia…

AUTOSTOPEM PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE

Dzień 1 (18/09/16)

Miałyśmy tylko 1 dzień na zwiedzenie parku, więc prędko zebrałyśmy się z pięknego spotu. Te plecaki trochę ważyły i nie wyobrażałam sobie, żebyśmy wędrowały z nimi po szlaku w taki gorąc, więc zamiast się męczyć, czy stresować zostawiając je gdzieś w krzakach, zapytałam miłą parkę, czy nie przetrzymają nam ich w swoim namiocie. Oczywiście bez problemu się zgodzili, w zamian zostawiłyśmy im po piwku. Co do wyboru szlaku bardzo czaiłyśmy się na słynne „The Narrows”, czyli wyprawa przez rzekę, jednak brakowało nam ekwipunku na taką podróż, a żal nam było pieniędzy na wypożyczenie specjalnych butów. Spokojnie, jeszcze tam wrócę i przejdę całą trasę. Wybrałyśmy „Angel’s Landing”, gdzie im wyżej szłyśmy, tym piękniej się robiło. To maszerowanie to niezły trening, dawno się tak nie zmachałam. Było bardzo gorąco, ale warte świeczki, pod koniec znalazłyśmy się już bardzo wysoko i trzeba było pomagać sobie specjalnymi łańcuchami. Polecam wszystkim serdecznie ten szlak.

Po męczącej, ale wspaniałej wycieczce umyłyśmy się pod kempingowym prysznicem i stanęłyśmy na pustej, brązowej ulicy, prowadzącej wgłąb parku. Jakimś cudem wszyscy wracali trasą którą przyjechałyśmy i większość samochodów jechała tamtędy tylko po to by przejechać się po krętej drodze i wrócić z powrotem. Naszym jedynym celem na ten dzień było wydostać się z nieszczęsnego parku. W końcu udało nam się złapać pierwszy samochód, w wielkim stylu, bo na pace pick-upa.

Kolejny kierowca przewiózł nas przez znajomą nam już piękną drogę i pozwolił wydostać się z parku. Ale miejsce w którym nas wysadzili nie zachęcało, bowiem było na środku niczego, oddalone kawałek od małej stacji.

Jednak nie traciłyśmy nadziei do samego końca i już prawie po zmroku udało nam się przejechać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do głównej drogi i wielkiej stacji, gdzie dobrze zjadłyśmy w restauracji. Rozłożyłyśmy się na prywatnym kempingu, gdzie pani policzyła nas 5$ i ostrzegła przed grasującymi… pumami.

> NASTĘPNY POST

Las Vegas Paranoja

Po spędzeniu ponad 24 godzin w samochodzie nie mogłyśmy się doczekać luksusów w Las Vegas. Jechałyśmy długo przez gorące pustynie aż w końcu ujżałyśmy na tle pięknego zachodu charakterystyczną wielką, cienką wieżę.
-Patrzcie, tam będziemy mieszkać – poinformowała nas Beatka, która uparła się żeby zatrzymać się w hotelu „Stratosphere” – czyli najwyższym budynku w całym Vegas. Wbrew pozorom można znaleść tu bardzo tanie noclegi. Za pokój 2 osobowy (no bo kto tam się skapnie, że jest nas 3, a łóżka są ogromne) zarezerwowany zaledwie kilka dni wcześniej zapłaciłyśmy po 27$ za 2 noce.

Oczywiście nie mogłyśmy się oprzeć żeby nie przejechać się po Las Vegas Strip (główna ulica) samochodem. Wszystkie budynki dookoła świeciły się na różne kolory, po chodnikach chodziło mnóstwo letnio ubranych turystów. Słońce już zaszło, ale wciąż było bardzo gorąco. Zajechałyśmy do hotelu, gdzie zaparkowałyśmy na 10 piętrze. Hotel był ogromny, rzeczy przenosiłyśmy na 2 razy dwoma windami, przechadzając się po głównym holu będącym kasynem. Nasz pokój był usytuowany na 12 piętrze. Przez małe okienko było widać kawałek oświetlonego w nocy miasta, ale standard nie różnił się za wiele od motelów w Kalifornii.

Pierwszy wieczór w Vegas, co tu robić? Część naszych znajomych wykupiła sobie za kilkadziesiąt dolców limuzynę z całym tourem po wszystkich kasynach i imprezach. My oczywiście to olałyśmy i stwierdziłyśmy, że same sobie jakoś zorganizujemy czas. Tego wieczoru Daria miała spotkać się ze swoim przyjacielem – Regisem, który przyjechal na popularny festiwal w Nevadzie – Burning Man. Przed spotkaniem postanowiłyśmy szybko polecieć do sklepu. Gdy weszłyśmy do fury Daria dostała smsa „I’m here”, zaczęła więc szukać go wzrokiem po samochodach. Pod naszym hotelem wystąpiło wielkie poruszenie, przez wypadek samochodowy. Nagle w tłumie moja przyjaciółka znalazła Regisa. Był w centrum zainteresowania, bo to on brał udział w stłuczce z… autobusem. Lekko rozbawiona a jednocześnie przerażona podleciała do niego przywitać się i zapytać czy wszystko w porządku. Regis odpowiedział, że tak, bo wypożyczony samochód ubezpieczony jest na milion dolarów. Wtedy już się nie martwiła, a Regis stał się naszym nowym przyjacielem.

Tej nocy nie dotarliśmy na żadną imprezę i połaziliśmy po wszystkich kasynach i hotelach, zwiedzając udawane mini zabytki. Koło godziny 4 ulice zrobiły się zupełnie puste. Miasto umarło i nie obudziło się do kolejnego wieczoru…

W ciągu dnia wykorzystałyśmy nasze darmowe wejście na wieżę (30$ dla ludzi z zewnątrz), gdzie okazało się, że czekają tam na nas 3 atrakcje jak z wesołego miasteczka. Ta przyjemność kosztowała 30$ dla gości hotelowych (50$ dla ludzi z zewnątrz). Widok był niesamowity i nie mogłyśmy odpuścić go sobie w nocy, więc postanowiłyśmy wrócić na wieżę i skorzystać z przejażdżek.

Po ulicach chodziło bardzo mało ludzi, wszyscy chowali się po zamkniętych pomieszczeniach. Gdybym jeszcze raz pojechała do Vegas (a raczej mi się nie śpieszy) traktowałabym to jako dobry punkt zaczepienia między zwiedzaniem parków narodowych. W dzień i tak nic się tam nie dzieje, a wokół znajduje się między innymi Death Valley, Grand Canyon i wiele innych. Niestety brakło nam sił i czasu na te długie wycieczki i skupiłyśmy się na najważniejszej misji, czyli wysłaniu rzeczy do Polski. To było ostatnie miasto z którego mogłyśmy to zrobić, więc każda spakowała swoją ogromną walizkę, aby potem wysłać ją ze specjalnego punktu za ok 100$ (zależnie od rozmiaru i masy). Nasze torby miały płynąć statkiem i za około miesiąc dotrzeć do Polski. Tego wieczoru również nie zaczepiłyśmy się na żadną konkretną imprezę. Dlaczego? Żal nam było wydawać 20$ za wejście na jakiś-tam melanż, kiedy za podobne pieniądze mogłyśmy pójść na koncert DJ-a pokroju David Guetta, czy Avicii. Jednak ci przyjeżdżali dopiero w weekend… A ktoś dał nam radę żeby przyjechać do Vegas w tygodniu, bo jest mniej tłoczno i taniej. Absolutnie nie! W weekendy można naprawdę tanio iść na set artysty, za którego normalnie by trzeba zapłacić 5 razy więcej. Przypadkiem nazajutrz grali Chainsmokers, których fanką bynajmniej nie jestem, ale lepszy koncert za 30$ (cena dla kobiet, mężczyźni 50$), niż randomowa impreza za 20$… Wieczorem zrobiłyśmy burzę mózgów w hotelu co począć z noclegiem i niewykorzystanym wejściem na basen, czy wieżę w nocy i padło na… udawanie gości hotelowych i spanie w niezawodnym Chargerze…

Następnego dnia wylogowałyśmy się oficjalnie z hotelu, ale bez skrępowania poszłyśmy sobie na pół dnia na basen, który znajdował się na 8 piętrze i miał całkiem niezły widok. Pod wieczór wjechałyśmy na wieżę, aby skorzystać ze wszystkich ridów. Czekałyśmy w małych pięcio, max dziesięcioosobowych kolejkach. Po pracy na Boardwalku miałam dość lunaparków, ale każda przejażdżka wywierała dużo adrenaliny przez wysokość, na której była postawiona i zapierający dech w piersiach widok na oświetlone nocą Vegas. Polecam!

Do klubu dodarłyśmy koło 24, mimo oficjalnej godziny rozpoczęcia koncertu – 22:00, nawet się jeszcze nie zaczęło. Na wejściu wyrzucili nam wszystkie fosforyzujące gadżety, które miałyśmy na sobie (Vegas, baby?). Nawet powątpiewałyśmy czy nas wpuszczą w trampkach. Jednego kolegi nie wpuścili.

W imprezowni panował taki ścisk, że ledwo dało się przejść. Piwo – 15$, wody z kranu nie mogą podawać, a woda w butelce kosztowała 10$. Na górnym piętrze miał odbyć się koncert. Żeby dostać się na parkiet, podczas długiej drogi przeciskania się, musiałyśmy ładnie uśmiechnąć się do ochroniarza żeby nas do niego dopuścił. Gdy znalazłyśmy się tuż pod sceną, akurat Chainsmokers pojawili się za DJ-ką…

Chłopaki dali nawet fajny koncert, a my skakałyśmy jak szalone. W pewnym momencie odwróciłam się po całej imprezowni i zobaczyłam ledwo bujających się szarych ludzi w koszulach, szpilkach, sukienkach oraz dwóch świetnie bawiących się chłopaków podobnie jak my. Podeszłam do nich i okazało się, że jest ich więcej i to część ekipy z Santa Cruz…! Wspólnie tańczyliśmy do samego końca i uratowaliśmy to pozerskie, świecące, a jednocześnie byle jakie, pełne tandety Vegas. Nie ważne gdzie, tylko z kim, hm? 🙂

> NASTĘPNY POST

Joshua Tree & Route 66

Planując (niewiele) nasz prędko zbliżający się trip autostopem, Daria ciągle podkreślała, że marzy o tym, żeby stanąć i łapać stopa na legendarnej Route 66. Powtarzałam jej, że próba wjechania na tą drogę może być trudna i ryzykowna, bowiem ta ulica nie należy do najbardziej ruchliwych. Uparciuszka nie wiedziała, że przyciągnie ją wcześniej niż planowała…

Po drodze do Las Vegas, krajobraz zmienił się mocno na pustynny. Postanowiłyśmy zjechać trochę z trasy, aby zatrzymać się w parku narodowym „Joshua Tree”, którego nazwa pochodzi od drzewek Jozuego, występujących tylko w kilku rejonach Ameryki Północnej. Park można zwiedzić szybko samochodem, mimo to spędziłyśmy w nim pół dnia. Pierwsze drzewka zobaczyłyśmy późnym wieczorem. Były ogromne, dziwaczne, a zarazem piękne. Znalazłyśmy parking, na którym przespałyśmy się w samochodzie, aby wstać tuż przed świtem.

Około 4 rano ruszyłyśmy w poszukiwaniu idealnego spotu na oglądanie wschodu słońca. Nie było to łatwe, bo nie miałyśmy czasu na tyle, żeby gdzieś się wspinać, a samochodem ciągle jechałyśmy w lekkiej dolince. Ostatecznie czas nas naglił i stanęłyśmy byle gdzie. Wyciągnęłam statyw i wyczekiwałam tych pięknych kolorów. Czułam się jak na innej planecie, dookoła te dziwne drzewa, ogromne skały, pustynne rośliny i piach.

Samo wschodzenie słońca to było nic z porównaniem do tego co działo się po drugiej stronie horyzontu. Oprócz mocno intensywnych kolorów nieba, przez parę minut góry w oddali dosłownie świeciły na różowo. Latałam z jednego miejsca na drugie ze statywem jak szalona! Lepszego miejsca na zdjęcia sobie nie mogłam wyobrazić!

Po tym emocjonującym wschodzie nadszedł dzień bezchmurny. Trochę bałyśmy się, że będzie za gorąco, ale temperatura nie przekroczyła 30 stopni i bez problemu mogłyśmy trochę pochodzić po parku. Przejechałyśmy prawie cały podziwiając jego nadzwyczajną naturę m.in. dziwnego kształtu ogromne skały, kaktusy no i oczywiście „Dżoszułki”.


Część parku to wielki ogród pokryty kaktusami Cholla. Każdy z nich ma unikalny kształt, zwane są skaczącymi kaktusami, bowiem wystarczy tylko delikatnie ich dotknąć i w momencie masa igiełek wbija się w „ofiarę”. Doświadczyłam to na własnej… stopie. Niełatwo było ten mały kawałek kaktusa oderwać, a moje ukochane przyjaciółki nie należały do najbardziej pomocnych (bo miały taką śmiechawę z tego niebezpiecznego ataku…).

Po bardzo przyjemnym zwiedzaniu parku (pomijając atak kaktusa) ruszyłyśmy w stronę Las Vegas. Temperatura wzrastała z godziny na godzinę, w pewnym momencie otwieranie szyby równało się z włączeniem ogrzewania… Do dziś nie wiem dlaczego nie zaplanowałyśmy tam  zahaczenia o Route 66, która była tuż za rogiem, na szczęście podobnie jak kilka innych miejsc, sama przyciągnęła nas do siebie, gdy Daria w pewnym momencie spojrzała na GPS i zareagowała „Czekajcie, czekajcie… czy my przypadkiem nie jesteśmy… czy to aby nie jest…? O mój boże! To route 66?!” – w tym momencie ujrzałyśmy ogromny napis na środku ulicy.

Ulica była prawie pusta, baaardzo nierówna, Dodge wręcz podskakiwał na asfaltowych pagórkach. Po drodze napotkałyśmy kilka „Route 66” barów i stacji benzynowych. W pewnym momencie droga po prostu się skończyła i musiałyśmy zjechać na główną ulice prowadząca do legendarnego Las Vegas…

> NASTĘPNY POST

San Diego

Czwartego dnia naszej podróży postanowiłyśmy w końcu podjechać do „Hertza” w związku z wadliwym samochodem, w którym nie działały wszystkie porty USB. Po moim niekrótkim monologu dotyczącym naszego rozczarowania wobec firmy, miły pracownik bez zbędnych dyskusji od razu pozwolił nam wymienić nasz marny Volkswagen Jetta na wyższej klasy auto, które sobie wybierzemy. Jakbyście widzieli minę Darii, świeżo przebudzonej na tyle Jetty, gdy podjechałyśmy z Beatką nowiutkim Dogdem Chargerem! Tak się ucieszyła, że aż wytrzeźwiała i stwierdziła, że koniecznie musi prowadzić! Zmiana samochodu znacznie ubarwiła resztę naszej podróży.

Do San Diego dotarłyśmy przed zachodem słońca i trafiłyśmy na jedno z miejsc, które polecał mi Mike na surfa. Ocean Beach to hipisowska dzielnica pełna przeróżnych knajpek, wypożyczalni desek surfingowych i grafitti na ścianach niskich budynków. Połaziłyśmy jak typowe turystki, zjadłyśmy pizzę i kupiłyśmy pamiątki, aby na następny dzień wrócić tu z rana na ostatni tego lata surfing

Wieczorem zrobiliśmy reunion ze znajomymi z work&travel i pojechaliśmy na wyspę Coronado, gdzie mieliśmy okazję ujrzeć cudowną panoramę San Diego nocą.

Następnego dnia z rana wypożyczyliśmy deski surfingowe i próbowaliśmy łapać fale przez godzinkę.  To nie to samo co codzienna praktyka w Santa Cruz, ale miło było wrócić do trochę cieplejszej wody.

Tego dnia zdążyłyśmy jeszcze przejechać się po innej dzielnicy- Pacific Beach oraz wpaść na chwilę do Tijuany w Meksyku. Bez Beatki, bo już się jej wiza skończyła i by bidusia nie wróciła. Przeszłyśmy się z buta przez granicę, żeby kupić Tequillę i stanąć w ogromnej kolejce do Stanów Zjednoczonych. Kontrast tych dwóch krajów jest widoczny gołym okiem, przez dużą ilość opalonych Meksykańców, biedę i brud na ulicach.

Po wizycie na innym kontynencie, ruszyłyśmy z wybrzeża wgłąb gorącej Kalifornii…

> NASTĘPNY POST

Los Angeles

Nie wiem czy wy też tak macie, ale kogo nie zapytam jak podobało im się w Los Angeles, to odpowiadają „bez szału”. Oczywiście oprócz Universal Studios, Warner Brothers czy Six Flags, na które nas niestety nie było stać (lub żal nam było na to pieniędzy). LA zwiedzić jednak pragnęłyśmy i zrobiłyśmy to jak zawsze, na spontanie, próbując udowodnić, że to miasto może wcale nie jest takie złe, spędzając tam 2 intensywne dni.

Aby nie zanudzać was kolejnymi historiami, w skrócie opisze miejsca, które zobaczyłyśmy i moje wrażenia o nich.

1. Nowoczesne muzeum w downtown – darmowe wejście, nieduża kolejka, czemu nie? Godzinkę spędziłyśmy podziwiając sztukę nowoczesną. Dziwacznie, lecz ciekawie.

2. City Hall – czyli ratusz LA. Polecony przez przypadkowych Polaków w kolejce do muzeum. Darmowe wejście, niezły widok z samej góry i… o dziwo raj dla bezdomnych na trawniku pod wysokim budynkiem. Dodatkowo mogłyśmy stanąć na mównicy i zdążyć zostawić tam telefon (tzn. Daria), aby przejechać się po niego z powrotem na samą górę trzema różnymi windami.

3. Little Tokyo – tym razem nie China Town, ale mini Japonia! To dzielnica, którą widziałyśmy już wcześniej w nocy. Zawiesiłyśmy tam życzenia na drzewku szczęścia i zjadłyśmy ogromny Ramen (japońska zupa).

4. Venice – dzielnica, która szybko stała się naszą ulubioną. Szeroka plaża, skatepark, oblepione wlepami znaki, kolorowe grafitti na murkach i przeróżne lokalne (i nie) sklepy. Tam wybrałyśmy się w pierwszy jak i drugi dzień, zaliczając dwa piękne zachody. Podczas złotej godziny przychodzi tam mnóstwo ludzi, obserwując skejtów na deskorolkach. Gdy powoli zaczyna się zachód, jeden z pracowników dosłownie odlicza minuty i sekundy do zamknięcia parku. Wtedy jeździ najwięcej ludzi i każdy chce skleić swoje tricki – tworzy to taką małą presję, ponieważ wszyscy patrzą, robią zdjęcia, a zaraz skończy się dzień. W momencie gdy słońce znika za horyzontem, ochroniarz ogłasza koniec, wszyscy się rozchodzą i skatepark zostaje zamknięty.

5. Beverly Hills – najbogatsza i wszystkim znana z filmów dzielnica. Bardzo chciałyśmy zamówić taksówkę, której kierowca opowie nam gdzie jaka gwiazda mieszka, ale ciężko było zaparkować furę i stwierdziłyśmy, że same sobie pojeździmy między domami sław. Większość chat jest zasłonięta wielkimi żywopłotami, drzewami, krzakami, czy murkami, a jeśli ktoś się tam kręci, to prawdopodobnie ogrodnik. Jeżeli jest to ktoś sławny, podjeżdża samochód z przyciemnianymi szybami. Możliwe, że widziałyśmy jakiegoś aktora, jak wyrzucał śmieci, ale głowy nie dam. Zatrzymałyśmy się pod domem Rihanny żeby puścić na fulla „Bitch, better have my money” – niestety nie wyszła. Ogólnie wzgórza Beverly Hills ciągną się i ciągną, a domy tam są ogromne i piękne wraz z bardzo drogimi samochodami w pakiecie.

6. Hollywood – wzgórza, oraz Walk of Fame. W świetle dziennym nie ciężko było znaleść w oddali znak Hollywood. Beatka postanowiła zrobić na jego tle backflipa. Walk of fame (shame) przeszłyśmy pod wieczór z głośnikiem i turbo colą w ręce, „zaliczając” prawie wszystkie gwiazdki.

7. Universal Studios – jeśli nie stać cię na bilet za 100$, wpadnij na szalony pomysł odwiedzenia tego miejsca w piżamie po 23. Nie dość, że jest mało ludzi, to jeszcze jak ładnie poprosisz to wpuszczą cię za darmo! A może nawet załapiesz się na 10 minut imprezy.

Oprócz wymienionych miejsc przejechałyśmy się jeszcze do Polskiej Restauracji „Warszawa” i na Santa Monica Pier. Odwiedziłyśmy również nasze znajome w hotelu, gdzie po drodze ujrzałyśmy bardzo blisko od nas lądujący samolot. Pół godziny spędziłyśmy szukając miejsca aby znaleść się jak najbardziej pod samolotem, co udało nam się tuż pod lotniskiem LAX, nielegalnie parkując samochód na uboczu. Nie wiedziałam, że ogromny samolot który przelatuje tuż nad tobą, może wywołać tyle adrenaliny!

LA podsumowałyśmy jako ogromną metropolię złożoną z różnych mocno turystycznych miast, gdzie w każdym z osobna panuje inny klimat. Jeśli ktoś mnie zapyta czy warto się tam zatrzymać na dłużej niż 2 dni, śmiało odpowiem, że tak, bo warto zobaczyć wszystkie te miejsca chociaż raz w życiu i nie trzeba koniecznie wydawać dużo pieniędzy. Gdybym miała więcej czasu koniecznie wybrałabym się tam na surfa i wynajęła rower by przejechać alejki wzdłuż wszystkich plaż.

Po szalonym wieczorze w Universal Studios zajechałyśmy na Long Beach, gdzie przespałyśmy się w samochodzie, aby obudzić się następnego dnia na pięknej plaży i ruszyć do naszego kolejnego celu – San Diego

> NASTĘPNY POST

Dzień 1

MAGICZNE TRIO

Dzień 1 08/09/16

Nasza podróż zaczęła się w wielkim stylu. Niewyspane i ledwo przebudzone po ciężkiej nocy w aucie (nienajlepszej klasy Volkswagen Jetta), ruszyłyśmy o świcie. Dobrze, ze skoczyłyśmy na Big Sur parę dni wcześniej, bo tego dnia prawie nic nie zobaczyłyśmy przez gęstą mgłę (sory, Beatka).

Highway 1

Pierwszy, główny cel, który sobie obrałyśmy to przejechać Highway 1 do samego końca. Wbrew pozorom, rzadko kto to robi, ponieważ istnieją krótsze i szybsze drogi, ale my zawsze wybierałyśmy dłuższą, a także ładniejszą wersję. Wyszukiwanie znaku „California 1” w różnych sceneriach sprawiało nam niezwykłą frajdę.

San Luis Obispo

Każda z nas chciała zobaczyć kilka konkretnych rzeczy. Ja, osobiście przez cały ten czas, w którym byłam w Santa Cruz, wypytywałam dosłownie wszystkich o miejsca warte zobaczenia. Jeden z bardzo sympatycznych klientów na Boardwalku z wielką pasją opowiadał mi o pewnym terenie zwanym San Luis Obispo. Bynajmniej nie zapamiętałam jego nazwy, (bo jest taka długa…) wiec zapisał mi ją na kawałku papieru. Dzięki temu miałam całą kolekcję karteczek z różnymi nazwami miejsc, które potem wszystkie próbowałam odwiedzić. Okazało się, ze SLO jest po drodze do naszego dzisiejszego punktu docelowego- LA, bowiem wykupiony nocleg w tym mieście na tę i kolejną noc był jedną z niewielu rzeczy którą zaplanowałyśmy.

San Luis Obispo to hrabstwo otoczone pasmem wulkanicznych gór zwanym „Nine Sisters”. Chodziło mi po głowie aby zaliczyć jakiś szlak, ale nie wiedziałyśmy za bardzo gdzie, a niebo wciąż było bardzo pochmurne. Za to przypadkiem udało mi się znaleźć całkiem niezły punkt widokowy. Zatrzymałyśmy się przy dużym markecie, gdzie dziewczyny skoczyły na szybkie zakupy, a ja zaczęłam czaić się z aparatem na piękny widoczek za budynkiem. Niestety byłam dość nisko i wszystko zasłoniły mi drzewa. „Z dachu marketu pewnie jest idealny kadr” – pomyślałam i zauważyłam robotników wspinających się po drabinie. Podeszłam do nich i zapytałam czy nie mogłabym wejść na dach i zrobić zdjęcia. Popatrzyli na mnie jak na bezdomną kosmitkę i powiedzieli, ze przykro im ale to niemożliwe. Odeszłam z uśmiechem, ale lekko rozczarowana, że mój epicki plan nie wypalił. Dochodząc na parking próbowałam wymyślić cos innego. Nagle ktoś złapał mnie za ramię, odwróciłam się i był to nie kto inny, jak jeden z robotników.
-Nie możemy wziąć cię na dach, ale możemy postawić cię na podobnej wysokości. Chodź ze mną – nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Zaprowadził mnie do ogromnej zwyżki (taki podnośnik-winda), na którą razem weszliśmy. Powoli winda zaczęła wznosić się do góry, coraz wyżej i wyżej, aż na wysokość dachu. Miałam racje, z nad drzew wyłoniły się góry.

Nie pamiętam ile razy użyłam słowa „dziękuję”. Usatysfakcjonowana wróciłam do auta i opowiedziałam dziewczynom moja małą przygodę. Jakiś czas później, po drodze znalazłam jeszcze lepszy kadr, gdy chmury odsłoniły całe góry w oddali. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę w to miejsce i odkryję jakieś secret spoty.

Następnym przystankiem był słynny hotel Madonna inn, o którym ciągle opowiadała jedna z naszych koleżanek. Słynie z tego, ze jest caaaały różowy. Był niedaleko Highway 1 i akurat byłyśmy głodne, stwierdziłyśmy więc, że jego restauracja (również cała różowa) to idealne miejsce na śniadanie. Podczas naszej podróży królowało typowe amerykańskie danie czyli pancakes. Za parę dolców można było nieźle się napchać i jeszcze dolewali ci kawy w nieskończoność.


Po burżujskim posiłku z naszej drogi powoli zaczęła znikać mgła. Kolejny krótki przystanek zaliczyłyśmy na Pismo Beach. Wiele osób mówiło nam, że na południu Kalifornii woda ma dużo wyższą temperaturę, niż na północy, więc z ciekawości sprawdziłyśmy czy tu była już trochę cieplejsza. Była dalej ku*ewsko zimna!


Naszym kolejnym celem było słynne miasteczko Santa Barbara. Ale w związku z tym, że wszystkie trzy nie do końca jesteśmy dobre w planowaniu, po drodze spotkała nas niesamowita przygoda…

Jalama 

W stylu naszego podróżowania najbardziej podobało mi się to, że kiedy jedna z nas wpadła na jakiś pomysł, za moment już był on wykonywany. Nigdzie też nam się nie śpieszyło (chyba, że na zachód), więc w pełni mogłam cieszyć się momentem i jeszcze miałam czas na uchwycenie go aparatem.

Gdy powoli zbliżałysmy się do SB, nagle któraś z nas rzuciła hasłem „O, ładnie tam”, wskazując na jakieś wzgórza. Nasz główny kierowca – Daria, która uwielbia jeździć samochodami, nie zastanawiała się długo i z piskiem opon skręciła w drogę, która być może prowadziła nas do tamtego miejsca. Po drodze mignął nam mały znak z nazwą bodajże jakiejś plaży. Jechałyśmy przez około 20 minut krętymi, pustymi drogami i podziwiałyśmy krajobrazy. Klimat był tam niepowtarzalny, tylko my na jednej drodze wijącej się wzdłuż niekończących się pagórków. W końcu się zatrzymałyśmy aby zrobić zdjęcie. Nagle zauważyłam jedyny jadący dotychczas samochód, stanęłam na środku drogi i zatrzymałam go.

Kierowcą okazał się mężczyzna po 40 w oldschoolowej czapce z daszkiem z dziewczyną. Na tylnim siedzeniu mieli rzuconą byle jak deskę surfingową i pianki.
– Cześć! Czy wiecie gdzie prowadzi ta droga? – zapytałam bezpośrednio parę. Zatrzymali się bo myśleli, że zepsuł nam się samochód.
– Jedziecie już z 10 mili tą droga i nie wiecie gdzie prowadzi? – znów zdobyłam spojrzenie-jak-na-kosmitkę.
– Hm, no tak. Jest tu bardzo ładnie.
– No to kontynuujcie, bo na końcu czeka was coś niepowtarzalnego! Jedźcie za nami!
Pojechałysmy więc za ich starym Passatem, powoli domyślając się gdzie zmierzamy. Ale rzeczywistość wygrała z wyobrażeniami. Po przejechaniu kolejnych mil, w końcu z za pagórka wyłoniła się ogromna, cudowna plaża! Wraz z palmami, kempingiem, samochodami, sklepami – kto by pomyślał, że za tymi wszystkimi wzgórzami mieści się taki secret spot! Poziom naszych okrzyków podjary: 5x Golden Gate! To miejsce nazywa sie Jalama Beach i można przyjechać sobie tam z namiotem, czy przyczepą i spać na kempingu. Ach, gdyby nie ten zarezerwowany nocleg w LA…


Przy szlabanie zapłaciłyśmy kilka dolarów za wejście i zapytałyśmy strażnika, czy jest tu wypożyczalnia desek. Zaprzeczył, ale powiedział, że ma jakąś starą deskę, którą może nam pożyczyć. Była to krotka, różowa deska piankowa bez leasha. Przebrałyśmy się w stroje kąpielowe, kupiłyśmy piwka i usiadłyśmy na jednej z dzikich plaż… Czasem za nami przejeżdżał pociąg po torach ciągnących się wzdłuż oceanu. To chyba jeszcze lepsza opcja widokowa niż Highway 1.


Fale były duże i szybkie, obserwowałyśmy kilku surferów, jeden był na SUP-ie. Dziewczyna z samochodu surfowała na body-boardzie. Ja i Beatka bawiłyśmy się na pianie. Nie zaszywałyśmy się zbyt daleko od brzegu, bowiem na takich falach nie byłam nawet z Mikiem. Dostałam od niego całą listę surf spotów, ale nie było tam Jalamy. Potem pochwaliłam mu się gdzie nas poniosło, to strasznie nam zazdrościł, bo tam nie miał okazji jeszcze pływać.


Jakimś cudem to miejsce przyciągnęło nas do siebie i spędziłyśmy tam kilka cudownych godzin. Kusiło nas żeby zostać na noc, ale w końcu zebrałyśmy się i ruszyłyśmy do docelowego przystanku.

Santa Barbara

Oprócz miejsc do zobaczenia i spotów do surfowania miałam również przygotowaną listę potraw do zjedzenia. Prawie w każdym mieście w Kalifornii Mike wskazał mi swoją ulubioną knajpę i najlepsze w niej danie. Myślę, że nie byłoby mnie stać żeby spróbować wszystkiego, ale w Santa Barbara padło na fish tacos On the Alley. Serwowane w tekturowym pudełku, ale przepyszne!

W SB spędziłyśmy parę godzin cruzując sobie po różnych okolicach: obserwowałyśmy żaglówki przy molo i różowe jeżowce w ciężarówce, zjadłyśmy lody przy State Street i odwiedziłyśmy kolorowe muzeum dywanów. Zachód postanowiłyśmy złapać po drodze do LA.

W czasie jazdy nie mogłyśmy się zdecydować, gdzie się zatrzymać na zachód, dlatego Daria już drugi raz tego dnia z piskiem opon skręciła w jakąś dróżkę. Zatrzymałyśmy się pod kogoś domem, gdzie grupka chłopaków porobiła nam zdjęcia. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze dzień wcześniej płakałam, że to już koniec. A to był przecież dopiero początek. Jeszcze nie wiedziałam, że minie mnóstwo czasu zanim położę się spać.

Po drodze czekała nas jeszcze Malibu Beach, której w sumie nie zobaczyłyśmy, bo było już ciemno, gdzie niestety w dzień już nie wróciłyśmy. Ale za to zatrzymałyśmy się w markecie, gdzie przymierzałyśmy wieśniackie pamiątki czapki, torby itp. Gdy kupowałam wodę, kompletnie zapomniałam, że wciąż mam na sobie płaską, pustą, nową torbę z metką, czego kasjer nie zauważył i wyniosłam ją nieświadomie ze sklepu, co cały czas obserwowały dziewczyny i prawie się tam zsikały ze śmiechu. Torba służyła nam całą podróż (głównie nosząc nasz alkohol).

LA nocą

Do Los Angeles zajechałyśmy późnym wieczorem. Jadąc po szerokich autostradach i ścigając się niczym w GTA, wpadłyśmy na pomysł aby zajechać pod znak Hollywood. Wcale nie był po drodze do naszego hotelu, ale wszystkie miałyśmy ogromną potrzebę go zobaczyć. Droga, która do niego prowadzi (Hollywood Hills) jest bardzo kręta i długa, a o tej porze pusta i trochę przerażająca. Jechałyśmy wolnym tempem pośród domów gwiazd, w poszukiwaniu literek w oddali, które ciągle były niewidoczne. Po kilkudziesięciu minutach w końcu go zobaczyłyśmy. Ciemny, ledwo zauważalny, nieoświetlony napis „Hollywood”. Co za rozczarowanie! Podjechałyśmy jak najbliżej się dało, ale znaki na drodze nas zatrzymały. Stwierdziłyśmy, że nie warto wspinać się do niego, skoro nawet nie świeci!

 W hotelu postanowiłyśmy wprowadzić nową tradycję do naszego podróżowania, tj. cruzowanie samochodem po miastach nocą. Każde miasto ma swój inny klimat kiedy jest ciemno, ponadto nie jest już tak tłoczno. Więc o godzinie 2 w nocy wyjechałyśmy jeszcze na nocne zwiedzanie miejsc, które na nowo zobaczyłyśmy w świetle kolejnego dnia.

> NASTĘPNY POST