Boardwalk

„W sumie Ty tam pracujesz, czy podróżujesz?” – pytali mnie ludzie, oglądając my story na snapchacie. Jasne, starałam się ciągle zwiedzać nowe miejsca, a nie siedzieć na dupie w moje wolne dni. Można by harować non stop przez prawie 3 miesiące, a potem pojechać na zasłużonego tripa, ale przecież lepiej ciągle korzystać. „Po co łapać króliczka, skoro tak przyjemnie się go goni?”

W tym poście opowiem wam gdzie i jak pracowałam, jeśli ktoś byłby chętny pojechać kiedyś na program w to miejsce co ja, poniżej znajdzie dużo cennych informacji.

Do Santa Cruz co roku przyjeżdża mnóstwo młodych ludzi z całego świata na „work&travel”. Głównie byli to obywatele Polski, Słowacji, Bułgarii, Serbii, Macedonii, a także Jamajki. Wszyscy mieli zagwarantowaną pracę i mieszkanie, za które ściągali nam co tydzień z wypłaty. Niektórzy mieli lepsze warunki, inni trochę gorsze. Mi wystarczył widok na ocean. Każdy z nas pracował na Boardwalku, czyli oldschoolowym wesołym miasteczku przy plaży. Miejsce, które od ponad 100 lat przyciąga do tego miasta turystów. Tak naprawdę lokalni omijają go szerokim łukiem, ale w głębi duszy dziękują za to, że jest, bo ich biznes rozkwita w sezonie.

Na Boardwalku możesz trafić do różnych departamentów m.in.: games, tickets, rides, shops, food service. Mnie wysłali do tego ostatniego i wylądowałam w… typowym amerykańskim fast foodzie, zwanym „Dipper Dinner”. Wspominałam, że dostaliśmy też specjalne ciuchy? Okropne koszulki z kołnierzem i spodnie do pępka. Kiedy w pierwszy dzień przyszłam do pracy i kazali mi wyrzucić śmieci i pozamiatać podłogi w sali podobnej do Mc Donalda, pomyślałam „Co ja tu ku*wa robię?”. Ale żadna praca nie hańbi i wszystko warte było tego, co przeżyłam. No i ta praca nie była taka zła. Bardzo łatwa, to na pewno, wszystko tłumaczyli jakbyśmy mieli 13 lat. Szybko przeszłam na kasę, gdzie odbierałam zamówienia. Większość klientów nie była do końca taka, z którymi pogadasz na ciekawe tematy, ale nie ukrywam, że dla mnie lepsze to, niż ukrywanie się za frytkami w kuchni. W moim departamencie stawki były o 25 centów wyższe, niż w innych i na koniec można było zdobyć nagrody pieniężne za dobrą sprzedaż. Ostatniego dnia przytuliłam $525, więc nie mogę narzekać. Ponadto mieliśmy zapewniony obiad pracowniczy. Codziennie więc wcinałam kurczaka z sałatą, pomidorami i sosem ranch, za burgerami niestety nie przepadam :).  Moja ekipa w pracy też była spoko, tam poznałam Nikolkę, Dario i Justina. Większość to byli młodzi ludzie z Meksyku. No i zarobki nie najgorsze! Każdy zarabiał ponad $10 za godzinę i 15$ za nadgodziny. Za mieszkanie zabierali $60 na tydzień, to bardzo mało jak na Santa Cruz. Mogliśmy też za darmo korzystać ze wszystkich ridów na terenie wesołego miasteczka i mieliśmy 20% zniżki na wszelakie rzeczy, które można tam kupić (głownie jedzenie i ciuchy). Boardwalk gwarantował nam około 30 godzin tygodniowo, więc większość uczestników programu znalazło od razu drugą pracę. Ja dostawałam ponad 40 – w tym nadgodziny, więc na początku nie szukałam. Dopiero gdy kupiłam aparat, stwierdziłam, że przyda mi się trochę więcej dolarów. Część ludzi pracowało w restauracji na molo, gdzie żyli z napiwków, inni sprzątali pokoje po hotelach. Ja trafiłam do małej kawiarenki z polskim właścicielem (kompletny przypadek, pokapowaliśmy się podczas rozmowy) w surferskim klimacie, gdzie przychodzili sami lokalesi. Robiłam tam kawę, przygotowywałam śniadania i odpoczywałam od hałasu z drugiej pracy.

Prawie każdego wieczoru mnóstwo ludzi z w&t zbierało się przed „La Bahią” – jednym z budynków, w którym większość mieszkała, aby pić różne trunki na ławkach. Co dziwne, picie alkoholu na ulicy w Kalifornii jest kategorycznie zabronione, ani razu policja nie zwróciła nam uwagi. No dobra raz. Tak to przejeżdżali jakby nas nie widzieli. Czasem się szło na miasto do pubu, czy klubu, ale większość z nas kończyła pracę, gdy zaraz był koniec imprezy. Kluby średnio zamykają o 1… Wybraliśmy się na kilka koncertów live i musieliśmy wyjść z domu przed 22!

Jeśli wpiszesz w grafikę googli „Santa Cruz Boardwalk” pierwsze co rzuca się w oczy to jedna z atrakcji, czyli kolorowe krzesełka nad całym wesołym miasteczkiem, zwane Sky Glider. Ta była moja ulubiona! Kilka razy przejechałam się nimi podczas zachodu, piękne widoki!

Ogólnie nie była to najbardziej ambitna praca mojego życia i wiele się w niej nie nauczyłam, ale spędziłam fajny czas z ludźmi z „Dipper Dinner” i jak ktoś nie umie angielskiego to się tam rozgada. Wszyscy tam bardzo trzymają się zasad i jak ich nie przestrzegasz to robią wielkie oczy. Ale ja i tak codziennie się spóźniałam i załatwiłam sobie 2 dni wolne obok siebie co tydzień, dzięki czemu mogłam jechać w tripa. Ponadto przez pierwszy miesiąc prawie codziennie rano przed pracą szłam na surfa. Gdy miałam 2 prace, już nie było tak łatwo.

No i tak prawie codziennie sobie pracowaliśmy i piliśmy na tych ławkach, że jak przyszły ostatnie dni w Santa Cruz, to dziwnie było się rozstać. Kilka grubych imprez pożegnalnych na plaży z rzędu, aż w końcu przyszedł dzień, w którym trzeba było powiedzieć „Do zobaczenia!”.

Tydzień przed wyjazdem do naszego teamu dołączyła Beatka, czyli dziewuszka, którą znam z gór. Była na campie w Massachusetts i chciała zwiedzić Kalifornię, więc zaprosiłam ją do nas na chill i surf, a potem wspólny trip. Planowałyśmy razem wypożyczyć samochód i przez 2 tygodnie trochę pozwiedzać. Ustaliłyśmy, że wyjeżdżamy 8 września o 9 rano… Po intensywnym pakowaniu, sprzątaniu pokoju na błysk, żegnaniu się po 100 razy i zdobyciu całej (o dziwo) kaucji, ruszyłyśmy w końcu koło 18.

Naszym celem na ten dzień było zobaczyć zachód na Big Sur. Oczywiście się spóźniłyśmy i to już zostało tradycją do końca wyjazdu. Ale na widoki nie narzekałyśmy.

Po krótkiej dyskusji postanowiłyśmy przejechać jedynie kawałek drogi przez Big Sur i pierwszą noc spędzić tam w samochodzie, aby z samego rana ruszyć wzdłuż tego cudownego wybrzeża…

> NASTĘPNY POST