Call surfing sick

W tym poście chciałabym wam przedstawić jeden dzień z życia w ostatnim tygodniu mojego pobytu w Santa Cruz. Aby opisać go dokładnie taki jak był, zacytuję po prostu maila pisanego 2 dni później do bliskiej mi osoby. Wybaczcie za język.

„Kolejne dni, kolejne magiczne wspomnienia. Wczoraj postanowiłam „call sick” i mieć po prostu wszystko w dupie przez calutki dzień. Pojechaliśmy więc ekipką na pleasure point. Uwielbiam to miejsce, koniecznie muszę Cię tam zabrać, taki mini raj. Wszędzie jest czyściutko, ludzie są piękni jak z filmu, a tego dnia była idealna pogoda!

Miałam okazję raz tam surfować, około miesiąc temu – na 38, ale był przypływ i wietrznie, wiec było tak sobie. Przedwczoraj najpierw poszliśmy na 38, mogłam poczuć skaliste dno przez odpływ, ale nie było zbyt płytko (jak jest za płytko to nie jest łatwo, bo niebezpiecznie, łatwo się poobijać o skały), wiec całkiem przyjemnie i na początku nie było dużo ludzi. Potem zrobiło się tłoczno i przez dobre 10-15 min nie było żadnej fali. Summer time… W oddali widziałam jak sobie śmigają na pleasure i pozazdrościłam im, aż przekonałam Jasona żebyśmy tam powiosłowali (ok 10 min).
Mówiłam Ci kiedyś, że ocean codziennie jest inny? Jak wychodzę na Cowells to za każdym razem uczę się go na nowo i jak posiedzę dłużej niż godzinkę może warunki lekko się zmienią. To jest NIC.
No Pleasure warunki zmieniają się co minutę. Fale ze wszystkich stron, „the peak” – a wiec szczyt fali (dokładnie tam gdzie chcesz być) za każdym razem w innym miejscu, fale tworzą się z niczego, no taki hardcore że ja nie mogę. Złapałam może z 2 ale bardzo mocne i za wolno wstawałam. Ponadto gleby niebezpiecznie, bo płytko i trzeba było uważać. Jason nie chciał mnie tam zabrać teraz rozumiem dlaczego. Ale cieszę się, że tam popłynęliśmy, w drodze powrotnej nagle znalazłam się w środku swellu i ujrzałam naprawdę niesamowite rzeczy. Ocean jest przerażający i jednocześnie przepiękny. Wróciliśmy na 38 i wszystko się zmieniło, większe fale i „glassy” czyli zero wiatru i powierzchnia oceanu gładziutka, coś niemożliwego. Nie miałam już siły za bardzo, więc zeszliśmy i chillowaliśmy na plaży. Spotkaliśmy ziomali z melanżu (śmieszne, jakie małe to miasto) i nagle załatwiłam sobie miejscówę w aucie, żeby jechać na mecz Giantsów w San Francisco. Szybki ogar i do domu, prycha w minutę i już jestem w aucie i jadę do SF. Szalony dzień!
Stadion piękny, wielki, pełen ludzi i świateł. Wszyscy w ciuchach Giantsów (pożyczyłam nawet bluzę) bardzo podjarani, dużo jedzenia i piwa, bardzo amełykańsko! Nauczyłam się zasad, niby graliśmy za małolata ale jest tego dużo więcej.

Bilet $12, piwo $12, hotdog $8, emocje bezcenne. Niby nuda, ale ciągle coś się działo na ekranie, wybierali pary żeby się całowali, kręcili jak ludzie tańczą, śpiewali piosenki, wszystko tak jak w filmach! Szkoda tylko, że przegrali. Trochę inaczej niż na meczu Wisełki. Ekstra przeżycie, cieszę się że się udało!

Wiesz, ten stan jest magiczny jak dobrze że trafiłam na Kalifornię. A w samym Santa Cruz i dookoła już jest co robić. Mnóstwo pięknych plaży, Red woods, góry, San Francisco obok. Idealnie. Kiedy jedziemy?

Właśnie siedzę w vanie i chciałam zobaczyć wschód na Big Sur, ale jest mgła, zdjęcia będą takie sobie. Daria, Jason i Nicole podchrapują z tyłu.”
– 1 Wrzesień 2016, godzina 6:30, Big Sur. Zdjęcia wyszły ok. Sami ocenicie w NASTĘPNYM POŚCIE. Tymczasem łapcie z tamtego dnia: