Curtis Reliford

Dzień 1 (18.06.2016)

Godzina 7 rano. Budzę się w swoim nowym tymczasowym domu. Na prawie 3 miesiące. W niemałym pokoju, pokrytym włochatą wykładziną w kolorze brudnego beżu. Połączonego z ciasną kuchnią i nie najpiękniejszą łazienką. Pomieszczenie posiada 4 okna z rozwalającymi się niczym z PRL-u żaluzjami. Warunki 3/10. Punkty za posiadanie kuchni, dużo przestrzeni i że pokój dzielę tylko z Darią.

Szaloną, oryginalną, odważną dziewczyną, z którą mogłabym przeżyć wszystko. Moją przyjaciółką, którą poznałam 5 lat wstecz, gdy próbowałyśmy dostać się na krakowski AWF. Zapomniałam czepka i ręcznika na basen i chichrała się pod nosem ze mnie. Chyba wyczuła podobieństwo. Miesiąc później dzwoniłam do niej z Anglii i darłyśmy się przez telefon, że obie dostałyśmy się na studia. No a potem to już Akademia Wiecznej Fazy. Imprezki, chłopaki, warunki i jak zrobić żeby się nie narobić. Licencjat obie skończyłyśmy. Na program pojechałyśmy oficjalnie jako studentki magisterki po rocznej przerwie. Ale raczej nie skończymy. Nie ma się czego wstydzić (chyba)? Mamy ciekawsze rzeczy do roboty.

Dzień wcześniej po całym dniu spędzonym w samolocie, w końcu dotarłyśmy do San Francisco. Po głowie chodziła mi słynna piosenka Scotta McKenzie, którą nuciłyśmy pół drogi. Chciałabym słodko spać, jak Daria prawie cały lot, ale za dużo myśli naraz. Zostawiam wszystkich przyjaciół na Helu i wymarzoną pracę jako instruktor kite’a, żeby po drugiej stronie świata harować w byle jakiej robocie przez 3 miechy? Z takim nastawieniem leciałam… Zmieniało się z każdą minutą. W dniu przylotu zobaczyłyśmy tylko jedną wizytówkę miasta czerwonego mostu, czyli mgłę. „Jedyne” 6 godzin zajęło nam przetransportowanie się do Santa Cruz. To miejsce powitało nas bardzo ciepło, bowiem kierowca autobusu policzył nas za bilety 2$, a potem wyjechał po nas prywatnym samochodem, gdy szłyśmy z przystanku do nowego miejsca zamieszkania, bo martwił się, że nie trafimy… W końcu dotarłyśmy pod najstarszy chyba budynek w tym mieście tzw. „La bahia”. Ale się zdziwiłam gdy kilka sekund po wyjściu z samochodu, ktoś głośno zawołał „NADKA!”…

Był to nie kto inny jak Michał, który rok temu był tu na work&travel i parę miesięcy wstecz opowiedział mi o tym miejscu na skajpie. Utrzymaliśmy sporadyczny kontakt i już się nas spodziewał. On i jego koledzy zrobili nam miłe powitanie. No to jest polska ekipa.

Gdy opiekunka uczestników w&t zaprowadziła nas do pokoju, zwróciłam uwagę na widok. Wspominałam, że mieszkałyśmy dosłownie przy samej plaży? Przesunęłam łóżko pod okno, aby codziennie pierwsze co widzieć, to ocean. I pierwsze co słyszeć! Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, ale nie mogłam zasnąć, bo tak fascynował mnie dźwięk fal. Nie szumiało tak jak nad morzem bałtyckim: bez przerwy, głośno i monotonnie. Delikatny dźwięk rozbijającej się fali i nic, cisza przez dobre parę sekund… I tak przez 2 i pół miesiąca…

Rano zwiedziłam okolicę (oczywiście głównie plażę) – odkryłam, że woda jest wyjątkowo zimna, wesołe miasteczko (tzw. Boardwalk), w którym będziemy pracować jest 5 min od naszego lokum oraz że sklep w pobliżu jest bardzo drogi. Mimo zmiany czasu, podekscytowanie wygrało ze spaniem i ruszyłyśmy na miasto z nowymi znajomymi.

W downtown, czyli głównie na jednej długiej ulicy pełno było knajpek, ludzi sprzedających rysunki, obrazy, czy ręcznie robione bransoletki. Zauważyłam mnóstwo surferskich sklepów z moimi ulubionymi firmami (Rip Curl, O’neil, Brixton, Billabong itp, ach no i Santa Cruz!), a także kolorowych, szerokich malunków na ścianach budynków. Założyłyśmy konta w banku i poszłyśmy na zakupy. Siedząc na schodach pod popularnym amerykańskim marketem CVs, usłyszałyśmy głośną muzykę. Obok nas ciężko nie było zauważyć ogromnej ciężarówki udekorowanej napisami, rysunkami i flagami amerykańskimi, z której dochodziła melodia. Pierwsze słowo, które rzuciło się w oczy to „Peace”. Nie wiem skąd przyszedł mi ten pomysł do głowy, ale zapytałam Darię -Ty, może nas podwiezie pod Boardwalk?

Kierowcą okazał się niski, czarny mężczyzna po 50 w kapeluszu, zapytałyśmy czy nie chce nas podwieźć. Trochę się zdziwił, ale się zgodził! To był nasz oficjalny pierwszy autostop w Stanach, chociaż wtedy przez myśl mi nie przeszło, że to będzie nasz główny środek transportu na tripie we wrześniu.

Curtis Reliford to człowiek o złotym sercu, który pokolorowaną ciężarówką z inspirującymi napisami przemierza Stany w celu pomagania biednym. Wiezie ze sobą jedzenie, ubrania i materiały budowlane dla najbardziej potrzebujących. Aby uświadomić społeczeństwo o potrzebie pomocy innym, puszcza głośno kawałki Harolda Melvina, żeby zwrócić uwagę na jego niemały pojazd. Aby bliżej zapoznać się z tematem odsyłam do jego strony internetowej: TUTAJ.

Przejechanie się z Curtisem, ściśnięte na siedzeniu obok, to było jedno z najlepszych doświadczeń w moim życiu. Kierowcy samochodów pozytywnie trąbili, przechodni tańczyli do muzyki, pokazywali pozdrawiające gesty i cieszyli się na dźwięk i widok ciężarówki. A ten człowiek? Wiecznie uśmiechnięty, pełen energii i dobra. O swojej misji opowiadał z pasją w oczach. Zapytał nas czy chcemy przejechać się z nim w ładne miejsce, za nim zawiezie nas na Boardwalk. Oczywiście nie odmówiłyśmy. Zabrał nas na przejażdżkę po West Cliffie, gdzie pierwszy raz zobaczyłam z daleka surferów, kalifornijskie domki i to cudowne wybrzeże. Czułam się jak w filmie, muzyka grała na full, a emocje we mnie buzowały. Machałyśmy wszystkim ludziom i krzyczałyśmy z radości. W końcu dotarliśmy do miejsca docelowego czyli Natural Bridges. To mały parking na klifie, gdzie codziennie mnóstwo ludzi podziwia zachód. My go celebrowaliśmy… Tańcząc do muzyki Michaela Jacksona i machając flagami Ameryki na dachu ciężarówki. Coraz więcej lokalnych przychodziło na złotą godzinę, wiele dzieci, ich rodziców i ludzi w naszym wieku do nas dołączyło. Przecież każdy chciał pomachać flagą na dachu ogromnego pojazdu! To wszystko trwało około godziny, chociaż poczułam jakby czas się zatrzymał, a lepszego pierwszego dnia w Stanach chyba sobie wyobrazić nie mogłam. Energia, która emanowała tego dnia wśród nas jest nie do opisania.

Wybaczcie za tragiczną jakość zdjęć, ale aparat kupiłam dopiero w sierpniu :).

Po jednym z najcudowniejszych zachodów w moim życiu, całą tą magiczną drogę przejechaliśmy jeszcze raz, na nowo puszczając te same utwory, machając ludziom i ciesząc się z niczego. Po za momentami gdy Curtis widział, że jedzie policja („popo”) i ściszał muzykę do zera. Na koniec dał nam wizytówki, podziękował za wspaniałe popołudnie i wysadził niedaleko La Bahii. Szczerze, nie wiedziałam jak odpowiadać znajomym na pytanie „jak tam pierwszy dzień w Ameryce?”.

> KOLEJNY POST

Przypadkiem dziś ta wariatka ze zdjęć ma urodziny, więc to właśnie Tobie, Daria zadedykuję ten post (jak i każdy następny haha). Żebyś więcej takich dni jak ten przeżyła i odnalazła cel w życiu o którym będziesz opowiadać podobnie jak Curtis. Kocham Cię.

Na koniec dodaję tutaj przemowę Curtisa z 2012 roku kierowaną do mieszkańców Santa Cruz, dzięki organizacji Santa Cruz TEDx: