Dzień 1

MAGICZNE TRIO

Dzień 1 08/09/16

Nasza podróż zaczęła się w wielkim stylu. Niewyspane i ledwo przebudzone po ciężkiej nocy w aucie (nienajlepszej klasy Volkswagen Jetta), ruszyłyśmy o świcie. Dobrze, ze skoczyłyśmy na Big Sur parę dni wcześniej, bo tego dnia prawie nic nie zobaczyłyśmy przez gęstą mgłę (sory, Beatka).

Highway 1

Pierwszy, główny cel, który sobie obrałyśmy to przejechać Highway 1 do samego końca. Wbrew pozorom, rzadko kto to robi, ponieważ istnieją krótsze i szybsze drogi, ale my zawsze wybierałyśmy dłuższą, a także ładniejszą wersję. Wyszukiwanie znaku „California 1” w różnych sceneriach sprawiało nam niezwykłą frajdę.

San Luis Obispo

Każda z nas chciała zobaczyć kilka konkretnych rzeczy. Ja, osobiście przez cały ten czas, w którym byłam w Santa Cruz, wypytywałam dosłownie wszystkich o miejsca warte zobaczenia. Jeden z bardzo sympatycznych klientów na Boardwalku z wielką pasją opowiadał mi o pewnym terenie zwanym San Luis Obispo. Bynajmniej nie zapamiętałam jego nazwy, (bo jest taka długa…) wiec zapisał mi ją na kawałku papieru. Dzięki temu miałam całą kolekcję karteczek z różnymi nazwami miejsc, które potem wszystkie próbowałam odwiedzić. Okazało się, ze SLO jest po drodze do naszego dzisiejszego punktu docelowego- LA, bowiem wykupiony nocleg w tym mieście na tę i kolejną noc był jedną z niewielu rzeczy którą zaplanowałyśmy.

San Luis Obispo to hrabstwo otoczone pasmem wulkanicznych gór zwanym „Nine Sisters”. Chodziło mi po głowie aby zaliczyć jakiś szlak, ale nie wiedziałyśmy za bardzo gdzie, a niebo wciąż było bardzo pochmurne. Za to przypadkiem udało mi się znaleźć całkiem niezły punkt widokowy. Zatrzymałyśmy się przy dużym markecie, gdzie dziewczyny skoczyły na szybkie zakupy, a ja zaczęłam czaić się z aparatem na piękny widoczek za budynkiem. Niestety byłam dość nisko i wszystko zasłoniły mi drzewa. „Z dachu marketu pewnie jest idealny kadr” – pomyślałam i zauważyłam robotników wspinających się po drabinie. Podeszłam do nich i zapytałam czy nie mogłabym wejść na dach i zrobić zdjęcia. Popatrzyli na mnie jak na bezdomną kosmitkę i powiedzieli, ze przykro im ale to niemożliwe. Odeszłam z uśmiechem, ale lekko rozczarowana, że mój epicki plan nie wypalił. Dochodząc na parking próbowałam wymyślić cos innego. Nagle ktoś złapał mnie za ramię, odwróciłam się i był to nie kto inny, jak jeden z robotników.
-Nie możemy wziąć cię na dach, ale możemy postawić cię na podobnej wysokości. Chodź ze mną – nie miałam pojęcia o co mu chodzi. Zaprowadził mnie do ogromnej zwyżki (taki podnośnik-winda), na którą razem weszliśmy. Powoli winda zaczęła wznosić się do góry, coraz wyżej i wyżej, aż na wysokość dachu. Miałam racje, z nad drzew wyłoniły się góry.

Nie pamiętam ile razy użyłam słowa „dziękuję”. Usatysfakcjonowana wróciłam do auta i opowiedziałam dziewczynom moja małą przygodę. Jakiś czas później, po drodze znalazłam jeszcze lepszy kadr, gdy chmury odsłoniły całe góry w oddali. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę w to miejsce i odkryję jakieś secret spoty.

Następnym przystankiem był słynny hotel Madonna inn, o którym ciągle opowiadała jedna z naszych koleżanek. Słynie z tego, ze jest caaaały różowy. Był niedaleko Highway 1 i akurat byłyśmy głodne, stwierdziłyśmy więc, że jego restauracja (również cała różowa) to idealne miejsce na śniadanie. Podczas naszej podróży królowało typowe amerykańskie danie czyli pancakes. Za parę dolców można było nieźle się napchać i jeszcze dolewali ci kawy w nieskończoność.


Po burżujskim posiłku z naszej drogi powoli zaczęła znikać mgła. Kolejny krótki przystanek zaliczyłyśmy na Pismo Beach. Wiele osób mówiło nam, że na południu Kalifornii woda ma dużo wyższą temperaturę, niż na północy, więc z ciekawości sprawdziłyśmy czy tu była już trochę cieplejsza. Była dalej ku*ewsko zimna!


Naszym kolejnym celem było słynne miasteczko Santa Barbara. Ale w związku z tym, że wszystkie trzy nie do końca jesteśmy dobre w planowaniu, po drodze spotkała nas niesamowita przygoda…

Jalama 

W stylu naszego podróżowania najbardziej podobało mi się to, że kiedy jedna z nas wpadła na jakiś pomysł, za moment już był on wykonywany. Nigdzie też nam się nie śpieszyło (chyba, że na zachód), więc w pełni mogłam cieszyć się momentem i jeszcze miałam czas na uchwycenie go aparatem.

Gdy powoli zbliżałysmy się do SB, nagle któraś z nas rzuciła hasłem „O, ładnie tam”, wskazując na jakieś wzgórza. Nasz główny kierowca – Daria, która uwielbia jeździć samochodami, nie zastanawiała się długo i z piskiem opon skręciła w drogę, która być może prowadziła nas do tamtego miejsca. Po drodze mignął nam mały znak z nazwą bodajże jakiejś plaży. Jechałyśmy przez około 20 minut krętymi, pustymi drogami i podziwiałyśmy krajobrazy. Klimat był tam niepowtarzalny, tylko my na jednej drodze wijącej się wzdłuż niekończących się pagórków. W końcu się zatrzymałyśmy aby zrobić zdjęcie. Nagle zauważyłam jedyny jadący dotychczas samochód, stanęłam na środku drogi i zatrzymałam go.

Kierowcą okazał się mężczyzna po 40 w oldschoolowej czapce z daszkiem z dziewczyną. Na tylnim siedzeniu mieli rzuconą byle jak deskę surfingową i pianki.
– Cześć! Czy wiecie gdzie prowadzi ta droga? – zapytałam bezpośrednio parę. Zatrzymali się bo myśleli, że zepsuł nam się samochód.
– Jedziecie już z 10 mili tą droga i nie wiecie gdzie prowadzi? – znów zdobyłam spojrzenie-jak-na-kosmitkę.
– Hm, no tak. Jest tu bardzo ładnie.
– No to kontynuujcie, bo na końcu czeka was coś niepowtarzalnego! Jedźcie za nami!
Pojechałysmy więc za ich starym Passatem, powoli domyślając się gdzie zmierzamy. Ale rzeczywistość wygrała z wyobrażeniami. Po przejechaniu kolejnych mil, w końcu z za pagórka wyłoniła się ogromna, cudowna plaża! Wraz z palmami, kempingiem, samochodami, sklepami – kto by pomyślał, że za tymi wszystkimi wzgórzami mieści się taki secret spot! Poziom naszych okrzyków podjary: 5x Golden Gate! To miejsce nazywa sie Jalama Beach i można przyjechać sobie tam z namiotem, czy przyczepą i spać na kempingu. Ach, gdyby nie ten zarezerwowany nocleg w LA…


Przy szlabanie zapłaciłyśmy kilka dolarów za wejście i zapytałyśmy strażnika, czy jest tu wypożyczalnia desek. Zaprzeczył, ale powiedział, że ma jakąś starą deskę, którą może nam pożyczyć. Była to krotka, różowa deska piankowa bez leasha. Przebrałyśmy się w stroje kąpielowe, kupiłyśmy piwka i usiadłyśmy na jednej z dzikich plaż… Czasem za nami przejeżdżał pociąg po torach ciągnących się wzdłuż oceanu. To chyba jeszcze lepsza opcja widokowa niż Highway 1.


Fale były duże i szybkie, obserwowałyśmy kilku surferów, jeden był na SUP-ie. Dziewczyna z samochodu surfowała na body-boardzie. Ja i Beatka bawiłyśmy się na pianie. Nie zaszywałyśmy się zbyt daleko od brzegu, bowiem na takich falach nie byłam nawet z Mikiem. Dostałam od niego całą listę surf spotów, ale nie było tam Jalamy. Potem pochwaliłam mu się gdzie nas poniosło, to strasznie nam zazdrościł, bo tam nie miał okazji jeszcze pływać.


Jakimś cudem to miejsce przyciągnęło nas do siebie i spędziłyśmy tam kilka cudownych godzin. Kusiło nas żeby zostać na noc, ale w końcu zebrałyśmy się i ruszyłyśmy do docelowego przystanku.

Santa Barbara

Oprócz miejsc do zobaczenia i spotów do surfowania miałam również przygotowaną listę potraw do zjedzenia. Prawie w każdym mieście w Kalifornii Mike wskazał mi swoją ulubioną knajpę i najlepsze w niej danie. Myślę, że nie byłoby mnie stać żeby spróbować wszystkiego, ale w Santa Barbara padło na fish tacos On the Alley. Serwowane w tekturowym pudełku, ale przepyszne!

W SB spędziłyśmy parę godzin cruzując sobie po różnych okolicach: obserwowałyśmy żaglówki przy molo i różowe jeżowce w ciężarówce, zjadłyśmy lody przy State Street i odwiedziłyśmy kolorowe muzeum dywanów. Zachód postanowiłyśmy złapać po drodze do LA.

W czasie jazdy nie mogłyśmy się zdecydować, gdzie się zatrzymać na zachód, dlatego Daria już drugi raz tego dnia z piskiem opon skręciła w jakąś dróżkę. Zatrzymałyśmy się pod kogoś domem, gdzie grupka chłopaków porobiła nam zdjęcia. Nie mogłam uwierzyć, że jeszcze dzień wcześniej płakałam, że to już koniec. A to był przecież dopiero początek. Jeszcze nie wiedziałam, że minie mnóstwo czasu zanim położę się spać.

Po drodze czekała nas jeszcze Malibu Beach, której w sumie nie zobaczyłyśmy, bo było już ciemno, gdzie niestety w dzień już nie wróciłyśmy. Ale za to zatrzymałyśmy się w markecie, gdzie przymierzałyśmy wieśniackie pamiątki czapki, torby itp. Gdy kupowałam wodę, kompletnie zapomniałam, że wciąż mam na sobie płaską, pustą, nową torbę z metką, czego kasjer nie zauważył i wyniosłam ją nieświadomie ze sklepu, co cały czas obserwowały dziewczyny i prawie się tam zsikały ze śmiechu. Torba służyła nam całą podróż (głównie nosząc nasz alkohol).

LA nocą

Do Los Angeles zajechałyśmy późnym wieczorem. Jadąc po szerokich autostradach i ścigając się niczym w GTA, wpadłyśmy na pomysł aby zajechać pod znak Hollywood. Wcale nie był po drodze do naszego hotelu, ale wszystkie miałyśmy ogromną potrzebę go zobaczyć. Droga, która do niego prowadzi (Hollywood Hills) jest bardzo kręta i długa, a o tej porze pusta i trochę przerażająca. Jechałyśmy wolnym tempem pośród domów gwiazd, w poszukiwaniu literek w oddali, które ciągle były niewidoczne. Po kilkudziesięciu minutach w końcu go zobaczyłyśmy. Ciemny, ledwo zauważalny, nieoświetlony napis „Hollywood”. Co za rozczarowanie! Podjechałyśmy jak najbliżej się dało, ale znaki na drodze nas zatrzymały. Stwierdziłyśmy, że nie warto wspinać się do niego, skoro nawet nie świeci!

 W hotelu postanowiłyśmy wprowadzić nową tradycję do naszego podróżowania, tj. cruzowanie samochodem po miastach nocą. Każde miasto ma swój inny klimat kiedy jest ciemno, ponadto nie jest już tak tłoczno. Więc o godzinie 2 w nocy wyjechałyśmy jeszcze na nocne zwiedzanie miejsc, które na nowo zobaczyłyśmy w świetle kolejnego dnia.

> NASTĘPNY POST