Joshua Tree & Route 66

Planując (niewiele) nasz prędko zbliżający się trip autostopem, Daria ciągle podkreślała, że marzy o tym, żeby stanąć i łapać stopa na legendarnej Route 66. Powtarzałam jej, że próba wjechania na tą drogę może być trudna i ryzykowna, bowiem ta ulica nie należy do najbardziej ruchliwych. Uparciuszka nie wiedziała, że przyciągnie ją wcześniej niż planowała…

Po drodze do Las Vegas, krajobraz zmienił się mocno na pustynny. Postanowiłyśmy zjechać trochę z trasy, aby zatrzymać się w parku narodowym „Joshua Tree”, którego nazwa pochodzi od drzewek Jozuego, występujących tylko w kilku rejonach Ameryki Północnej. Park można zwiedzić szybko samochodem, mimo to spędziłyśmy w nim pół dnia. Pierwsze drzewka zobaczyłyśmy późnym wieczorem. Były ogromne, dziwaczne, a zarazem piękne. Znalazłyśmy parking, na którym przespałyśmy się w samochodzie, aby wstać tuż przed świtem.

Około 4 rano ruszyłyśmy w poszukiwaniu idealnego spotu na oglądanie wschodu słońca. Nie było to łatwe, bo nie miałyśmy czasu na tyle, żeby gdzieś się wspinać, a samochodem ciągle jechałyśmy w lekkiej dolince. Ostatecznie czas nas naglił i stanęłyśmy byle gdzie. Wyciągnęłam statyw i wyczekiwałam tych pięknych kolorów. Czułam się jak na innej planecie, dookoła te dziwne drzewa, ogromne skały, pustynne rośliny i piach.

Samo wschodzenie słońca to było nic z porównaniem do tego co działo się po drugiej stronie horyzontu. Oprócz mocno intensywnych kolorów nieba, przez parę minut góry w oddali dosłownie świeciły na różowo. Latałam z jednego miejsca na drugie ze statywem jak szalona! Lepszego miejsca na zdjęcia sobie nie mogłam wyobrazić!

Po tym emocjonującym wschodzie nadszedł dzień bezchmurny. Trochę bałyśmy się, że będzie za gorąco, ale temperatura nie przekroczyła 30 stopni i bez problemu mogłyśmy trochę pochodzić po parku. Przejechałyśmy prawie cały podziwiając jego nadzwyczajną naturę m.in. dziwnego kształtu ogromne skały, kaktusy no i oczywiście „Dżoszułki”.


Część parku to wielki ogród pokryty kaktusami Cholla. Każdy z nich ma unikalny kształt, zwane są skaczącymi kaktusami, bowiem wystarczy tylko delikatnie ich dotknąć i w momencie masa igiełek wbija się w „ofiarę”. Doświadczyłam to na własnej… stopie. Niełatwo było ten mały kawałek kaktusa oderwać, a moje ukochane przyjaciółki nie należały do najbardziej pomocnych (bo miały taką śmiechawę z tego niebezpiecznego ataku…).

Po bardzo przyjemnym zwiedzaniu parku (pomijając atak kaktusa) ruszyłyśmy w stronę Las Vegas. Temperatura wzrastała z godziny na godzinę, w pewnym momencie otwieranie szyby równało się z włączeniem ogrzewania… Do dziś nie wiem dlaczego nie zaplanowałyśmy tam  zahaczenia o Route 66, która była tuż za rogiem, na szczęście podobnie jak kilka innych miejsc, sama przyciągnęła nas do siebie, gdy Daria w pewnym momencie spojrzała na GPS i zareagowała „Czekajcie, czekajcie… czy my przypadkiem nie jesteśmy… czy to aby nie jest…? O mój boże! To route 66?!” – w tym momencie ujrzałyśmy ogromny napis na środku ulicy.

Ulica była prawie pusta, baaardzo nierówna, Dodge wręcz podskakiwał na asfaltowych pagórkach. Po drodze napotkałyśmy kilka „Route 66” barów i stacji benzynowych. W pewnym momencie droga po prostu się skończyła i musiałyśmy zjechać na główną ulice prowadząca do legendarnego Las Vegas…