Lake Tahoe

Od zawsze lubiłam robić zdjęcia. Począwszy od cyfrowego aparatu kompaktowego mojej mamy, która zaszyła we mnie bakcyla podróżnika biorąc mnie na tripy po Europie (i nie tylko) od 5 roku życia, po wszelakie urządzenia elektryczne w moich rękach. Niedawno smartphony, mimo bardzo rozwiniętej technologii przestały mi wystarczać, bowiem odkryłam co potrafi lustrzanka i obiektyw. Zawsze podziwiałam zdjęcia znajomych pasjonatów fotografii na ich funpagach, jednak sama nie próbowałam odkryć jak uzyskać taki efekt. Do czasu, gdy ktoś mi tego nie pokazał. Taki jeden, dziś bliski memu sercu posadził mnie przy kompie i puścił mi filmiki o podstawach fotografii. Powiedział mi, że muszę wpierw zrozumieć jak to wszystko działa, żeby potem bawić się parametrami. Po odcinku wyganiał mnie wciskając w ręce swój aparat, na praktykę czyli cykanie fotek. I tak robiłam, potem pokazywał mi jak je przerabiać. Po tym szybkim kursie wiedziałam, na co wydam pierwsze zarobione dolary w Stanach.

Czekałam na ten dzień ponad miesiąc. Pierwsza wypłata była mała, potem wydałam na piankę i deskę surfingową i wciąż nie mogłam zebrać na aparat. Już nie mogłam się doczekać, żeby mieć go w rękach i po prostu robić zdjęcia. W końcu udało się kupić Canona z różnymi akcesoriami na amazonie. Niestety wtedy zabrakło czasu, żeby wyjść coś pocykać, ponieważ już miałam dwie prace. Pierwsze fotki, robione na szybkości, były totalnym niewypałem… Trochę mi się zapomniało, ale w wolnych chwilach oglądałam na nowo filmiki o fotografii. Zdjęcia godne jakiekolwiek uwagi, chociaż wciąż nie w pełni świadome udało mi się zrobić w okolicach jeziora Tahoe.

O tym miejscu słyszałam już wcześniej przez dużą ilość kurortów narciarskich w okolicach. Niestety, nie ta pora roku, a te stoki do najtańszych nie należą, pragnęłam chociaż wykąpać się w jeziorze i zobaczyć to miejsce na własne oczy! Udało nam się tam wybrać w sierpniu wypożyczonym samochodem, w którym znalazła się bardzo zacna ekipa czyli ja, Daria, Jason i Dragan (nasz szalony ziomal z Macedonii). Po drodze zajechaliśmy do domu rodzinnego Jasona w małym miasteczku Nevada City. Dom znajduje się dosłownie w lesie, a jego rodzina i (szczególnie) pieski oszalały ze szczęścia. Następnie wybraliśmy się do centrum, a w sumie jedną ulicę, którą całą udało przejechać się w mniej niż minutę.

„That’s the whole town” – powiedział Jason po chwili, gdy przejechaliśmy główną ulicę miasteczka.

Połowa drogi do miejsca docelowego ciągnęła się między lasami. Zrobiliśmy także przystanek na śniadanie na łonie natury, po krótkim spacerze między drzewami i strumykami. Jason okazał się doskonałym przewodnikiem, w końcu zabrał nas w swoje rejony!

Po kilkugodzinnej podróży nareszcie dojechaliśmy do przepięknej drogi ciągnącej się wokół jeziora, która doprowadziła nas przez zapierającą dech w piersiach Emerald Bay (krzyczałyśmy chyba głośniej niż przy Golden Gate, biedny Jason…), aż do naszego kempingu w South Lake Tahoe.

Resztę popołudnia spędziliśmy relaksując się nad jeziorkiem, podziwiając zachód słońca (wybaczcie- zdjęć brak, ale zatrzymałam w pamięci). Później wpadła do nas reszta ekipy work&travel i wspólnie przy ognisku śpiewaliśmy do gry Jasona na gitarze. To był perfekcyjny wieczór pod gołym niebem :).

Następnego dnia postanowiliśmy przejechać całe jezioro dookoła. Według GPS-a można to zrobić w 2 godziny i wiedziałam, że będziemy mogli się zatrzymać, gdzie tylko zechcemy. A więc nie zabrakło spontanicznych przystanków w secret spotach i pływania w zaskakująco ciepłej wodzie o złocistym kolorze

Jednym z nieplanowanych przystanków było również zjechanie z głównej drogi na krótki spacer do innego jeziora Spooner Lake. 

Po drodze również przejechaliśmy przez kolejny stan Nevada – gdzie dokładnie na jej granicy z Kalifornią zjedliśmy burgerki w klimatycznym barze w okolicach Cristal Bay. 

W drodze powrotnej zaliczyliśmy ładny zachód przy murku, gdzie dosłownie usiadłam na swoim imieniu, a także odwiedziliśmy przyjaciela Jasona. Poczęstował nas obiadem, który… sam upolował.

Tak oto spędziliśmy sobie 2 dni w tych przepięknych rejonach, godnych polecenia każdemu. Mam nadzieję, że będę miała okazję wrócić tam w zimie i pośmigać na desce!

> KOLEJNY POST