Las Vegas Paranoja

Po spędzeniu ponad 24 godzin w samochodzie nie mogłyśmy się doczekać luksusów w Las Vegas. Jechałyśmy długo przez gorące pustynie aż w końcu ujżałyśmy na tle pięknego zachodu charakterystyczną wielką, cienką wieżę.
-Patrzcie, tam będziemy mieszkać – poinformowała nas Beatka, która uparła się żeby zatrzymać się w hotelu „Stratosphere” – czyli najwyższym budynku w całym Vegas. Wbrew pozorom można znaleść tu bardzo tanie noclegi. Za pokój 2 osobowy (no bo kto tam się skapnie, że jest nas 3, a łóżka są ogromne) zarezerwowany zaledwie kilka dni wcześniej zapłaciłyśmy po 27$ za 2 noce.

Oczywiście nie mogłyśmy się oprzeć żeby nie przejechać się po Las Vegas Strip (główna ulica) samochodem. Wszystkie budynki dookoła świeciły się na różne kolory, po chodnikach chodziło mnóstwo letnio ubranych turystów. Słońce już zaszło, ale wciąż było bardzo gorąco. Zajechałyśmy do hotelu, gdzie zaparkowałyśmy na 10 piętrze. Hotel był ogromny, rzeczy przenosiłyśmy na 2 razy dwoma windami, przechadzając się po głównym holu będącym kasynem. Nasz pokój był usytuowany na 12 piętrze. Przez małe okienko było widać kawałek oświetlonego w nocy miasta, ale standard nie różnił się za wiele od motelów w Kalifornii.

Pierwszy wieczór w Vegas, co tu robić? Część naszych znajomych wykupiła sobie za kilkadziesiąt dolców limuzynę z całym tourem po wszystkich kasynach i imprezach. My oczywiście to olałyśmy i stwierdziłyśmy, że same sobie jakoś zorganizujemy czas. Tego wieczoru Daria miała spotkać się ze swoim przyjacielem – Regisem, który przyjechal na popularny festiwal w Nevadzie – Burning Man. Przed spotkaniem postanowiłyśmy szybko polecieć do sklepu. Gdy weszłyśmy do fury Daria dostała smsa „I’m here”, zaczęła więc szukać go wzrokiem po samochodach. Pod naszym hotelem wystąpiło wielkie poruszenie, przez wypadek samochodowy. Nagle w tłumie moja przyjaciółka znalazła Regisa. Był w centrum zainteresowania, bo to on brał udział w stłuczce z… autobusem. Lekko rozbawiona a jednocześnie przerażona podleciała do niego przywitać się i zapytać czy wszystko w porządku. Regis odpowiedział, że tak, bo wypożyczony samochód ubezpieczony jest na milion dolarów. Wtedy już się nie martwiła, a Regis stał się naszym nowym przyjacielem.

Tej nocy nie dotarliśmy na żadną imprezę i połaziliśmy po wszystkich kasynach i hotelach, zwiedzając udawane mini zabytki. Koło godziny 4 ulice zrobiły się zupełnie puste. Miasto umarło i nie obudziło się do kolejnego wieczoru…

W ciągu dnia wykorzystałyśmy nasze darmowe wejście na wieżę (30$ dla ludzi z zewnątrz), gdzie okazało się, że czekają tam na nas 3 atrakcje jak z wesołego miasteczka. Ta przyjemność kosztowała 30$ dla gości hotelowych (50$ dla ludzi z zewnątrz). Widok był niesamowity i nie mogłyśmy odpuścić go sobie w nocy, więc postanowiłyśmy wrócić na wieżę i skorzystać z przejażdżek.

Po ulicach chodziło bardzo mało ludzi, wszyscy chowali się po zamkniętych pomieszczeniach. Gdybym jeszcze raz pojechała do Vegas (a raczej mi się nie śpieszy) traktowałabym to jako dobry punkt zaczepienia między zwiedzaniem parków narodowych. W dzień i tak nic się tam nie dzieje, a wokół znajduje się między innymi Death Valley, Grand Canyon i wiele innych. Niestety brakło nam sił i czasu na te długie wycieczki i skupiłyśmy się na najważniejszej misji, czyli wysłaniu rzeczy do Polski. To było ostatnie miasto z którego mogłyśmy to zrobić, więc każda spakowała swoją ogromną walizkę, aby potem wysłać ją ze specjalnego punktu za ok 100$ (zależnie od rozmiaru i masy). Nasze torby miały płynąć statkiem i za około miesiąc dotrzeć do Polski. Tego wieczoru również nie zaczepiłyśmy się na żadną konkretną imprezę. Dlaczego? Żal nam było wydawać 20$ za wejście na jakiś-tam melanż, kiedy za podobne pieniądze mogłyśmy pójść na koncert DJ-a pokroju David Guetta, czy Avicii. Jednak ci przyjeżdżali dopiero w weekend… A ktoś dał nam radę żeby przyjechać do Vegas w tygodniu, bo jest mniej tłoczno i taniej. Absolutnie nie! W weekendy można naprawdę tanio iść na set artysty, za którego normalnie by trzeba zapłacić 5 razy więcej. Przypadkiem nazajutrz grali Chainsmokers, których fanką bynajmniej nie jestem, ale lepszy koncert za 30$ (cena dla kobiet, mężczyźni 50$), niż randomowa impreza za 20$… Wieczorem zrobiłyśmy burzę mózgów w hotelu co począć z noclegiem i niewykorzystanym wejściem na basen, czy wieżę w nocy i padło na… udawanie gości hotelowych i spanie w niezawodnym Chargerze…

Następnego dnia wylogowałyśmy się oficjalnie z hotelu, ale bez skrępowania poszłyśmy sobie na pół dnia na basen, który znajdował się na 8 piętrze i miał całkiem niezły widok. Pod wieczór wjechałyśmy na wieżę, aby skorzystać ze wszystkich ridów. Czekałyśmy w małych pięcio, max dziesięcioosobowych kolejkach. Po pracy na Boardwalku miałam dość lunaparków, ale każda przejażdżka wywierała dużo adrenaliny przez wysokość, na której była postawiona i zapierający dech w piersiach widok na oświetlone nocą Vegas. Polecam!

Do klubu dodarłyśmy koło 24, mimo oficjalnej godziny rozpoczęcia koncertu – 22:00, nawet się jeszcze nie zaczęło. Na wejściu wyrzucili nam wszystkie fosforyzujące gadżety, które miałyśmy na sobie (Vegas, baby?). Nawet powątpiewałyśmy czy nas wpuszczą w trampkach. Jednego kolegi nie wpuścili.

W imprezowni panował taki ścisk, że ledwo dało się przejść. Piwo – 15$, wody z kranu nie mogą podawać, a woda w butelce kosztowała 10$. Na górnym piętrze miał odbyć się koncert. Żeby dostać się na parkiet, podczas długiej drogi przeciskania się, musiałyśmy ładnie uśmiechnąć się do ochroniarza żeby nas do niego dopuścił. Gdy znalazłyśmy się tuż pod sceną, akurat Chainsmokers pojawili się za DJ-ką…

Chłopaki dali nawet fajny koncert, a my skakałyśmy jak szalone. W pewnym momencie odwróciłam się po całej imprezowni i zobaczyłam ledwo bujających się szarych ludzi w koszulach, szpilkach, sukienkach oraz dwóch świetnie bawiących się chłopaków podobnie jak my. Podeszłam do nich i okazało się, że jest ich więcej i to część ekipy z Santa Cruz…! Wspólnie tańczyliśmy do samego końca i uratowaliśmy to pozerskie, świecące, a jednocześnie byle jakie, pełne tandety Vegas. Nie ważne gdzie, tylko z kim, hm? 🙂