Los Angeles

Nie wiem czy wy też tak macie, ale kogo nie zapytam jak podobało im się w Los Angeles, to odpowiadają „bez szału”. Oczywiście oprócz Universal Studios, Warner Brothers czy Six Flags, na które nas niestety nie było stać (lub żal nam było na to pieniędzy). LA zwiedzić jednak pragnęłyśmy i zrobiłyśmy to jak zawsze, na spontanie, próbując udowodnić, że to miasto może wcale nie jest takie złe, spędzając tam 2 intensywne dni.

Aby nie zanudzać was kolejnymi historiami, w skrócie opisze miejsca, które zobaczyłyśmy i moje wrażenia o nich.

1. Nowoczesne muzeum w downtown – darmowe wejście, nieduża kolejka, czemu nie? Godzinkę spędziłyśmy podziwiając sztukę nowoczesną. Dziwacznie, lecz ciekawie.

2. City Hall – czyli ratusz LA. Polecony przez przypadkowych Polaków w kolejce do muzeum. Darmowe wejście, niezły widok z samej góry i… o dziwo raj dla bezdomnych na trawniku pod wysokim budynkiem. Dodatkowo mogłyśmy stanąć na mównicy i zdążyć zostawić tam telefon (tzn. Daria), aby przejechać się po niego z powrotem na samą górę trzema różnymi windami.

3. Little Tokyo – tym razem nie China Town, ale mini Japonia! To dzielnica, którą widziałyśmy już wcześniej w nocy. Zawiesiłyśmy tam życzenia na drzewku szczęścia i zjadłyśmy ogromny Ramen (japońska zupa).

4. Venice – dzielnica, która szybko stała się naszą ulubioną. Szeroka plaża, skatepark, oblepione wlepami znaki, kolorowe grafitti na murkach i przeróżne lokalne (i nie) sklepy. Tam wybrałyśmy się w pierwszy jak i drugi dzień, zaliczając dwa piękne zachody. Podczas złotej godziny przychodzi tam mnóstwo ludzi, obserwując skejtów na deskorolkach. Gdy powoli zaczyna się zachód, jeden z pracowników dosłownie odlicza minuty i sekundy do zamknięcia parku. Wtedy jeździ najwięcej ludzi i każdy chce skleić swoje tricki – tworzy to taką małą presję, ponieważ wszyscy patrzą, robią zdjęcia, a zaraz skończy się dzień. W momencie gdy słońce znika za horyzontem, ochroniarz ogłasza koniec, wszyscy się rozchodzą i skatepark zostaje zamknięty.

5. Beverly Hills – najbogatsza i wszystkim znana z filmów dzielnica. Bardzo chciałyśmy zamówić taksówkę, której kierowca opowie nam gdzie jaka gwiazda mieszka, ale ciężko było zaparkować furę i stwierdziłyśmy, że same sobie pojeździmy między domami sław. Większość chat jest zasłonięta wielkimi żywopłotami, drzewami, krzakami, czy murkami, a jeśli ktoś się tam kręci, to prawdopodobnie ogrodnik. Jeżeli jest to ktoś sławny, podjeżdża samochód z przyciemnianymi szybami. Możliwe, że widziałyśmy jakiegoś aktora, jak wyrzucał śmieci, ale głowy nie dam. Zatrzymałyśmy się pod domem Rihanny żeby puścić na fulla „Bitch, better have my money” – niestety nie wyszła. Ogólnie wzgórza Beverly Hills ciągną się i ciągną, a domy tam są ogromne i piękne wraz z bardzo drogimi samochodami w pakiecie.

6. Hollywood – wzgórza, oraz Walk of Fame. W świetle dziennym nie ciężko było znaleść w oddali znak Hollywood. Beatka postanowiła zrobić na jego tle backflipa. Walk of fame (shame) przeszłyśmy pod wieczór z głośnikiem i turbo colą w ręce, „zaliczając” prawie wszystkie gwiazdki.

7. Universal Studios – jeśli nie stać cię na bilet za 100$, wpadnij na szalony pomysł odwiedzenia tego miejsca w piżamie po 23. Nie dość, że jest mało ludzi, to jeszcze jak ładnie poprosisz to wpuszczą cię za darmo! A może nawet załapiesz się na 10 minut imprezy.

Oprócz wymienionych miejsc przejechałyśmy się jeszcze do Polskiej Restauracji „Warszawa” i na Santa Monica Pier. Odwiedziłyśmy również nasze znajome w hotelu, gdzie po drodze ujrzałyśmy bardzo blisko od nas lądujący samolot. Pół godziny spędziłyśmy szukając miejsca aby znaleść się jak najbardziej pod samolotem, co udało nam się tuż pod lotniskiem LAX, nielegalnie parkując samochód na uboczu. Nie wiedziałam, że ogromny samolot który przelatuje tuż nad tobą, może wywołać tyle adrenaliny!

LA podsumowałyśmy jako ogromną metropolię złożoną z różnych mocno turystycznych miast, gdzie w każdym z osobna panuje inny klimat. Jeśli ktoś mnie zapyta czy warto się tam zatrzymać na dłużej niż 2 dni, śmiało odpowiem, że tak, bo warto zobaczyć wszystkie te miejsca chociaż raz w życiu i nie trzeba koniecznie wydawać dużo pieniędzy. Gdybym miała więcej czasu koniecznie wybrałabym się tam na surfa i wynajęła rower by przejechać alejki wzdłuż wszystkich plaż.

Po szalonym wieczorze w Universal Studios zajechałyśmy na Long Beach, gdzie przespałyśmy się w samochodzie, aby obudzić się następnego dnia na pięknej plaży i ruszyć do naszego kolejnego celu – San Diego

> NASTĘPNY POST