Mike

Dzień 2 (19.06.2016)

Po szalonym dniu pierwszym, po raz kolejny obudziłam się o wczesnej godzinie z cudownym widokiem za oknem. Mam takie postanowienie w życiu, że kiedy jestem w nowym/pięknym miejscu, to idę biegać. Szkoda, że miejsce przestaje być nowe po kilku dniach i kończy się na długo moja historia z tym sportem, ale jest to dobry sposób na zwiedzanie okolicy. Ponadto, dzień wcześniej, gdy byłam w banku umówiłam się z pracownikiem- Julianem na poranny jogging.

Poradziłam się Darii, czy aby nie wziąć jakiejś lekcji surfingu, żeby zapoznać się z podstawami. Od razu mnie od tego pomysłu odciągnęła i powiedziała, że nie będę wydawać pieniędzy, skoro zaraz poznam jakiegoś przystojnego, młodego surfera, który chętnie mnie nauczy… A więc koło 9,  wyszłam w japonkach, aby zostawić je przy plaży i poczuć piasek pod stopami. Czekałam na Juliana z banku przez 10 min, ale go nie znalazłam i stwierdziłam, że pójdę sama. Po krótkiej rozgrzewce dobiegłam do najbliższego surf spotu (Cowells) i zdałam sobie sprawę że idealnie miejsce do nauki mieści się 5 minut od chaty! A także, że plaża się skończyła i dalej są już tylko schody. Nie lubię się cofać, więc mocząc się po uda przedostałam się do schodków i wbiegłam do góry, mijając kilku chłopaków z deskami. Ale im zazdrościłam! Niestety na górze czekał mnie już tylko asfalt… Trochę niezdrowo jak na gołe stopy, ale stwierdziłam, że jakoś przeżyję, a nie będę się wracać po buty! Znalazłam się na ulicy West Cliff. I zobaczyłam wszystko, to co dzień wcześniej z ciężarówki Curtisa, tylko z bliska! Uśmiechnięci ludzie, pomnik surfera, latarnia, kolejny surf spot! Byłam w raju, ale stopy już trochę zaczęły boleć, więc zawróciłam.

Przy latarni zatrzymałam się by odetchnąć, nagle zagadał mnie jakiś łysy typ po 40 na temat tego, że chyba niezdrowo biegać boso… Ale jakoś dobrze mu z oczu patrzyło, więc porozmawiałam z nim chwilę o głupotach. Nie zwróciłam na początku uwagi, że koleś był w piance i położył swoją deskę surfingową na murku. Po chwili przeskoczyliśmy przez ogrodzenie i gadaliśmy o pływach na skałkach. W końcu przyznałam się mu, że pływam na kitcie i że bardzo chcę nauczyć się surfingu. Okazało się, że był kiedyś instruktorem i zapytał mnie:
-masz swoją piankę?
-no mam- odpowiedziałam.
-to spotkajmy się tutaj jutro o 10. Nauczę cię surfować.

Latarnię nazwałam „Big lamp”, bo zapomniałam jak jest po angielsku. To było miejsce naszego spotkania. Do domu wracałam w takich skowronkach, że dawno nie miałam tyle siły pod koniec treningu. Weszłam do pokoju krzycząc:
-DARIA! Nie zgadniesz co się stało! Mam jutro lekcję surfingu!
-MÓWIŁAM!
-tylko mój instruktor ma ze 40 lat… Ma na imię Mike i jest pilotem.

Wiecie jak spędziłyśmy resztę dnia? Siedząc w pokoju usłyszałyśmy nagle głośną muzykę z ulicy. Popatrzyłyśmy na siebie nawzajem wielkimi oczami i momentalnie obie wybiegłyśmy na zewnątrz. Curtis podjechał swoją ogromną ciężarówką pod La bahię i rzuca pytaniem:
-To gdzie dziś jedziemy?
Miałyśmy w planach odwiedzić centrum handlowe w Capitoli… Tam też pojechaliśmy.

Drugiego dnia zobaczyłyśmy cały wybrzeże Santa Cruz, Pleasure point oraz pobliskie miasteczka – Capitola i Aptos. Chyba nieźle jak na pierwsze 2 dni w Stanach?

Dodam też, że w moje już ostatnie dni w Santa Cruz, zgubiłam kartę debetową i musiałam iść do banku szybko wyrobić tymczasową. Czekając aż obsłuży mnie pracownik, na sąsiednim biurku zobaczyłam tabliczkę z imieniem Julian (nie wiem ile osób o tym imieniu pracowało w tamtym banku, ale jestem dosyć pewna, że był to Julian od biegania). Wiecie jak miał na nazwisko? Freeman. A Mike nazywa się Michael Freeman. Patrząc na tą wizytówkę zaśmiałam się z niedowierzaniem i podziękowałam mu w myślach, że nie przyszedł wtedy na poranny jogging. Dzięki temu, że umówiliśmy się na tą konkretną godzinę, rzeczywiście wyszłam z domu tak wcześnie i poznałam prawdziwego przyjaciela.

Año nuevo

Następnego dnia podekscytowana pierwszą lekcją, wstałam rano i ubrana w piankę przekonałam Darię, żeby poszła ze mną. Ona nie miała swojej, ale obiecała dotrzymać mi towarzystwa i popatrzeć.

Pierwszy raz od dawna byłyśmy punktualnie. Mike’a jeszcze nie było, więc obserwowałyśmy surferów na Steamer Lane. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że on jest taki jak my, więc zaczęłam stresować się, że mnie wystawił… O 10:20 usłyszałam znajomy już głos „Hey, big lumb!” (do dziś nie mam pojęcia jakiej gry słów używał, ale jestem prawie pewna, że nie chodziło mu o wielką lampę). Stwierdził, że wpierw pójdziemy pływać, aby zapoznać się z oceanem. Być może wspominałam mu dzień wcześniej, że nigdy nie widziałam takich fal i że panicznie boje się „zmielenia”. Przeszliśmy na drugą stronę klifu na tzw. Dog’s beach gdzie, tak zgadliście, wszyscy wychodzą bawić się ze swoimi psami. Weszliśmy do (strasznie) zimnej i słonej wody i Mike zrobił mi krótki tutorial jak zachować się gdy fala: płynie w ciebie, rozbije się na tobie, lub już się rozbiła i idzie biała piana. Kilka złotych i nieoczywistych wtedy dla mnie rad i już ocean stał się mniej przerażający. Ale strasznie był zimny i słony.


Daria dzielnie kibicowała na brzegu i żałowała, że nie miała pianki. Ona to jest dobra pływaczka, nie to co ja… Na szczęście okazało się, że Mike ma drugą piankę i może jej pożyczyć. Nagle wpadł na szalony pomysł, że pokaże nam prawdziwy secret spot. Zajechaliśmy do jego mieszkania (w okolicach West Cliff), gdzie poznaliśmy jego ukochaną – Missy Eliot (to kot), na punkcie której ma totalną obsesję, śmiem twierdzić, że nawet większą niż na meksykańskie Tacos! Wzięliśmy deski i pojechaliśmy w trójkę na pierwszą porządną lekcje surfingu…

img_0609
Jadąc na północ przez słynną Highway 1, Mike’owi nie zamykała się gęba, opowiadał nam dużo ciekawostek o Kalifornii, w której był ewidentnie zakochany. Po drodze zatrzymaliśmy się na spocie „Waddel”, gdzie wiało 25 węzłów i na wodzie było ok 15 kitów. Większość miała wavówki, a fale przy brzegu były ogromne. Nie wyobrażałam sobie jak się przez nie przebić…

No ale dziś nie po to przyjechaliśmy (do tego miejsca jeszcze wrócimy), więc ruszyliśmy dalej, w stronę naszego secret spotu. W końcu zatrzymaliśmy się… pośrodku niczego. Mike po prostu zjechał z drogi na małą zatoczkę i powiedział „Jesteśmy na miejscu”. Wzięliśmy cały sprzęt i szliśmy, i szliśmy, i szliśmy. Po drodze pokazał nam jakąś linię wyrytą na drewnianym słupku, która podobno wskazywała zachód. Sam ją zrobił kilka lat temu, więc pewnie się nie mylił. Chyba lubił to miejsce. Z za drzew zaczął wyłaniać się cudowny widok na ocean i pustą plażę, na której nie było żywej duszy. Znaleźliśmy się w narodowym parku o nazwie „Año nuevo” Usiedliśmy na kocach, otworzyliśmy piwka, którymi poczęstował nas Mike „Hell or high watermelon” i zaczęliśmy obserwować ocean.

Fale były jakieś inne, dłuższe i rozbijały się daleko od nas. Wtedy jeszcze nie widziałam zależności między ukształtowaniem dna, a rodzajem „break-u”. Za to zauważyłam różnice między temperaturą wody. Tu naprawdę było zimno, szczególnie w mojej cienkiej piance 3.2mm. Najpierw Mike zrobił nam szybką lekcję na temat wstawania – na sucho, następnie weszliśmy do wody i popychał nas na fale. Przepłynęłam się kilka razy na brzuchu i raz udało mi się wstać na bardzo krótką chwilkę. Poczułam też może raz, czy dwa, gdy jestem w środku fali, przez dosłownie parę sekund, cudowne uczucie sunięcia jakby niewidzialna moc cię pchała. Na pianie zabawa również była przednia!  Niestety odmarzły mi tak ręce, że musiałam wyjść. Daria dołączyła po paru minutach i grzałyśmy się na kocu, gdy Mike złapał kilka falek.

Dziś wiem, że były one bardzo małe, idealne do nauki, a nie było tam ludzi, ponieważ miejsce to słynie z dużej ilości… rekinów. Dowiedziałam się tego parę dni później od mojego przyjaciela, który jest dla mnie jak brat. Ale o Jasonie opowiem wam kiedy indziej.

Deskę surfingową kupiłam… piątego dnia, gdy niespodziewanie Mike przyniósł mi ją do pokoju. Najpopularniejsza wśród początkujących foam board z Costco za 100$. Ale moja Esmeralda była special ;)…

Do Año pojechaliśmy jeszcze parę razy w ciągu tego lata, a raz nawet udało mi sie surfować na Waddel. Wtedy cieszyłam się, że nie wieje, bo i tak nie miałam sprzętu kitowego.

Przez całe lato z Mikiem wybraliśmy się na kilka wycieczek (m.in. San Francisco, Red woods, Monteray), znajomi z work and travel też go poznali i stwierdzili, że spoko z niego ziom. Pomagałam mu z opisem i wyborem dziewczyn na Bumble (taki tinder), surfowaliśmy na wielu spotach (raz nawet na Stemar Lane!!), załatwił mi drugą pracę, gdzie od lat codziennie jadł śniadanie. Ponadto kupił mi ten najpiękniejszy oldschoolowy rower-crouiser, w zamian za to, że czasem jeździłam do jego domu, aby nakarmić Missy Elliot, gdy dzwonili z pracy i musiał lecieć do innego miasta. Przed moim wyjazdem oddałam mu prezent i powiedział, że kiedykolwiek wrócę, zawsze będzie mój.


Nawet nie wiecie jak wiele mu zawdzięczam i jak zaskoczona byłam jego z góry bezinteresowną pomocą. Nie wiem czy to Ameryka, czy Kalifornia, czy może nasze luźne podejście, ale naprawdę dawno nie miałam lepszego kumpla!

Mam nadzieję, że ten łysy wariat znajdzie jakąś fajną kobietkę! Najlepiej rudą, piegowatą, surferkę poniżej 40!

Dziękuję Mike!

> KOLEJNY POST