Nowy Orlean

Dzień 6 i 7

Kto oglądał kiedyś „The Originals”?  To spin off popularnego serialu pt. „Pamiętniki Wampirów”. Czyli jeden z ostatnich seriali w moim życiu, bo postanowiłam rzucić to okropne uzależnienie i jednak wysypiać się po nocach. Ale dzięki temu, Nowy Orlean dosyć wcześnie zaznaczyłam kółkiem na naszej mapie Stanów Zjednoczonych, gdy zdecydowałyśmy, że jedziemy autostopem przez Amerykę. Akcja filmu odbywa się właśnie w tym mieście i całkiem nieźle je przedstawia. Byłam ciekawa sekretów słynnej dzielnicy francuskiej, wiecznej imprezy na Bourbon Street, muzyki jazz na żywo i licznych krypt grobowych na cmentarzach. Oczywiście wszystkie te i inne atrakcje udało nam się zaliczyć. Ale zacznijmy od tego jak w ogóle udało nam się tam dostać…

Dni stawały się coraz krótsze, zmuszone byłyśmy więc wstawać coraz wcześniej. Tego poranka z okolic Shreveport miałyśmy jechać z kierowcą tira, który wieczór wcześniej oznajmił nam, że może nas wziąć nazajutrz, lecz wyjeżdża o 7 rano. Niestety zaspałyśmy, haha! Typowe dla mnie i Darii. Na szczęście nic się nie dzieje bez przyczyny i udało nam się dosyć prędko zatrzymać pierwszy samochód. Kierowcą był Roman, który jest dj-em i całą drogę puszczał nam swoje kawałki, liczył pieniądze oraz opowiadał o szalonych imprezach w NOLA. Prawie udało nam się przekonać go, by pojechał z nami. Wysadził nas na stacji, wcisnął nam do ręki plik pieniędzy (mimo, że odmawiałam), twierdząc, że w tym mieście zawsze nam się przydadzą. Chciał bardzo z nami zdjęcie, więc poprosił jakiegoś mężczyznę żeby nam zrobił, przy okazji pytając go czy nie jedzie przypadkiem w stronę Nowego Orleanu. No i zgadnijcie…

Od kierowcy o imieniu Bo można było poczuć wyjątkowo pozytywne wibracje. Tak dobrze nam się rozmawiało, że stwierdził, że pojedzie z nami do tego wyjątkowego miasta, bo to właśnie tam jego córka poznała swojego narzeczonego. Po drodze zajechaliśmy do jego domu, w którym panował przepych i artystyczny nieporządek (nie brud!). Bo stwierdził, że wynajmie nam pokój w hotelu w centrum dzielnicy francuskiej. Mimo, że nie prosiłyśmy się o żadną pomoc, wręcz odmawiałyśmy, nalegał abyśmy się zgodziły, bo dzięki temu będzie wiedział, że jesteśmy bezpieczne i poczuje się lepiej.

Ulokowaliśmy się w hotelu Holiday inn, który znajdował się 2 minuty od Bourbon Street, następnie poszliśmy przejść się tą słynną ulicą. Po jej dwóch stronach ciągnęły się charakterystyczne francuskie kamienice z balkonikami. Prawie każde drzwi zapraszały głośno grającą muzyką na imprezę. Była może szósta, okropnie duszno, a ulice pełne pijanych turystów. Nowy Orlean to jedyne miejsce w Ameryce, gdzie można pić na ulicach. Kupiliśmy sobie bardzo słabe, ale ogromnie i tanie drinki i poszliśmy na lokalną gumbo soup i po-boy sandwich w restauracji, która była ulokowana w bramie. Później zrobiliśmy klasyczną rundkę po wielu pubach (a było ich mnóstwo). W co drugiej imprezowni ktoś śpiewał te same piosenki, w kilku było można wskoczyć na byka, nie zabrakło także atrakcji na zewnątrz. Zatańczyłyśmy układ z grupką ludzi, potem słuchałyśmy chłopaków z instrumentami dętymi grających na środku ulicy, no i oczywiście zgarniałyśmy korale. Niby trzeba pokazać cycki, żeby ci je rzucili z balkoniku, ale świetnie radziliśmy sobie (w tym Bo) bez tego i złapaliśmy ich mnóstwo.

Samo przejście ulicy Bourbon Street było dużo bardziej ekscytujące niż Las Vegas Strip. Gdy wróciłyśmy w to miejsce kolejnego wieczoru, odkryłyśmy, że czas jakby tam się zatrzymał. Ludzie wciąż rzucali korale, ten sam mężczyzna dawał, dokładnie to co wieczór wcześniej show, na ulicach tańczyli niezmienione układy i śpiewali identyczne piosenki. Ale wiadomo, pierwsze są jednak najlepsze!

Parę dni wcześniej upuściłam aparat i odłamał mi się kawałek obiektywu, przez co nie łączył się prawidłowo z body. Czasem udawało mi się zrobić zdjęcie, ale im później, tym częściej wyskakiwał błąd. Byłam tak sfrustrowana, że przestałam robić zdjęcia, dlatego nie mam żadnych z Texasu. Po szalonej nocy na Bourbon street, postanowiłam rano, że przejdę się do sklepu fotograficznego. Teraz krótka dygresja, bo możliwe, że tego nie wiecie. W Stanach wszystkie ceny pokazane są bez podatku, więc jeśli chcesz kupić kanapkę w sklepie i jest napisane, że kosztuje 2.99$, tak naprawdę przy kasie płacisz 3,18$… Zależnie od stanu, podatek się różnił. Okazało się, że Nowy Orlean to strefa bezcłowa i każdy podatek mogą zwrócić mi w mgnieniu oka. Kupiłam dokładnie taki sam obiektyw – (Canon 18-55 mm f/3.5), który zepsułam, do dzisiaj używam tego obiektywu na codzień, a dzięki ponownemu zakupowi doceniłam jego wartość i wciąż uczę się jak go używać.

Na Bourbon street Nowy Orlean się nie kończy, postanowiłyśmy więc porządnie pozwiedzać French Quarter w ciągu dnia. Oto moja własna lista rzeczy, które koniecznie trzeba zrobić w tej okolicy:

1. Zgubić się w labiryncie dzielnicy francuskiej – bez celu, po prostu łazić i podziwiać. To jak przemieszczenie się w czasie i miejscu, bowiem nie przypomina to niczego, co dotychczas widziałam w Stanach Zjednoczonych. Dzielnica jest zachowana we francuskiej architekturze, podkreślona pastelowymi kolorami i zawieszonymi wszędzie koralikami, gdzie za rogiem wyrastają ogromne budynki i pośpiech miastowy. Na szczęście o tej porze roku udało mi się znaleść całkowicie puste uliczki.

2. Uwierzyć w duchyNowy Orlean to miejsce praktykowania voodoo, które przybyło tu w przeszłości wraz z masową ilością niewolników z Afryki i Haiti. Mimo, że byli zmuszani do katolicyzmu, nie zapominając o swoich rdzennych tradycjach swoich afroamerykańskich bogów ulokowali w chrześcijańskich świętych. Jeśli dalej myślisz, że voodoo to wbijanie szpileczek w laleczki, aby komuś sprawić ból, to odsyłam do lektur np. Andrzej Zwoliński „Świat Voodoo”. Styl nowoorleański jest mocno skomercjalizowany przez Amerykę, więc na placu Jackson Square można było znaleść mnóstwo czarowników, którzy chętnie za opłatą mogli powróżyć ci z kart. Odwiedziłyśmy też muzeum voodoo i wampirzy butik. Na jednej z pustych uliczek, czarownica z wężem w ręce rysowała rożne kształty na chodniku…

3. Odwiedzić park Louisa Armstronga – słynnego jazz mana urodzonego w tym mieście. W parku znajdziesz jego pomnik, a na ulicach i w co drugiej knajpie usłyszysz jazz.

4. Znaleść grób Marie Levaeu – nowoorleańskiej czarownicy, która miała ogromny wpływ na kult voodoo, w przeszłości próbując przekonać ludzi, że to religia chrześcijańska, dodała do kultu krzyże, czy figurki świętych. Grób królowej voodoo znajduje się na cmentarzu St Louis no 1, na który dotarłyśmy po 18 i okazało się, że jest zamknięty. Byłyśmy jednak tak ciekawe różnorodnych krypt widocznych z za krat ogrodzenia, że postanowiłyśmy się bezczelnie… włamać. Przeskoczyłyśmy przez wielką ścianę i całkowicie same łaziłyśmy po labiryncie w poszukiwaniu charakterystycznego grobu. Nie tak ciężko go znaleść, bowiem pokryty jest cały w literach „x”. Podobno moc czarownicy jest tak wielka, że jeśli postawisz 3 „x” na jej grobie, spełni Twoje życzenie, w podziękowaniu należy zostawić jej 3 podarunki. Daria, iksy postawiłyśmy, trzeba będzie wrócić z prezentami… Gdy wracałyśmy, przypadkowy mężczyzna ostrzegł nas, że nie chcemy być teraz w tej okolicy. Nowy Orlean nie należy do najbezpieczniejszych miejsc, więc szybko wróciłyśmy na główną ulicę.

5. Przejść się nad rzeką Missisipi. Dzielnica francuska znajduje się nad najdłuższą rzeką w Ameryce Północnej. Tak jak i powietrze była szczególnie ciepła. To rzeka, która wiele dała i zabrała, bowiem oprócz transportu morskiego, czy zaopatrzenia wody dla licznych wielkich miast, rzeka ta powoduje częste powodzie, jak i tragiczne katastrofy (między innymi powodzie Missisipi z 1927, 1993 i 2011 roku). Ale jak pewnie wiecie to niejedyna katastrofa, która zdarzyła się w tym nawiedzonym mieście…

Tak bym podsumowała nasze 2 wspaniałe dni w Nowym Orleanie. Miasto tak nas zafascynowało, że niechcący zostałyśmy jeszcze jeden dzień, pierwszy raz w życiu używając strony coach surfing. Mężczyzna o imieniu Atlas postanowił być naszym przewodnikiem i pokazał nam miasto z zupełnie innej, tej mniej turystycznej strony. Ale o tym w kolejnym poście!