Pleasure Point… to znaczy pizza!

Wyjazd do Stanów był moim marzeniem od niepamiętnych czasów. Co roku zdanie „Polecieć do Stanów” widniało na liście postanowień noworocznych. Jak zwykle, wszystko stało się przypadkiem, pod wpływem chwili, więc zanim się obejrzałam i ogarnęłam potrzebne dokumenty, już miałam załatwioną pracę w Santa Cruz. Do tego miejsca przekonał mnie mój dobry znajomy Wojtek Hajduk (ma tak samo na nazwisko jak Daria, przypadek?). Mimo że sam był już na programie wiele razy w San Francisco, do SC często przyjeżdżał odwiedzić znajomych i posurfować. Nie zastanawiałam się długo, gdzie pojechać. Przed wyjazdem polecił oglądnąć mi jeden z filmów, który kręcili właśnie w Santa Cruz. Jego tytuł to „Chasing mavericks” (pl. tytuł: Wysoka fala). Akcja głównie toczy się w jednym z obszarów tego miasteczka, a właściwie osobnej wspólnoty zwanej Pleasure Point. To bardzo surferska dzielnica, która ma w sobie coś magicznego.


Gdy poznałam Jasona przyznałam mu się, że marzę o zwiedzeniu tego miejsca właśnie przez film. Co zabawne, bohaterzy często bywali w knajpie Pleasure Pizza, gdzie mój przyjaciel miał okazję pracować jeszcze za czasów pierwszego właściciela. W Santa Cruz istnieją dwie knajpy o tej nazwie. Jedna znajduje się w Downtown, druga na Pleasure. Do tej pierwszej często wchodziłam z zapytaniem o wlepki, które kolekcjonuję. Niestety zawsze odpowiadali, ze już się skończyły. Pierwszy raz, gdy pojechaliśmy vanem Jasona na Pleasure, czułam się jakbym miała zaraz pojechać do najbardziej epickiego miejsca na świecie! Niestety był zbyt duży przypływ na surfing, pobujaliśmy się więc po plażach i centrum. Jeśli całe Santa Cruz pachnie lokalizmem, to właśnie tutaj jest źródło! Wszędzie porozwieszane plakaty ‚Pleasure Point’, oblepione wlepkami słupy i ściany w knajpkach, lokalne sklepy, bary i życzliwi, uśmiechnięci ludzie. Jason nawet pokazał mi dom Jacka O’Neilla.



Lecz przyznaję, że większym przeżyciem niż zjedzenie kawałka pizzy, było surfowanie w tym oldschoolowym miejscu, co udało mi się później jeszcze 3 razy. Znajduje się tam kilka spotów m.in.: „The hook”, „38th”, „1st peak”, „Second peak” i samo w sobie „Pleasure point” położone od siebie w niewielkich odległościach. Ten ostatni, mocno oddalony od brzegu. Naturalnie trudność spotów zależna jest od ukształtowania dna. Już pierwsza różnica od prostego „Cowells” (spot obok mojego domu) to fakt iż dno jest skaliste, a fale nieregularne. Tutaj trzeba dużo więcej skupienia, „the peak” tj. szczyt fali zawsze jest w zupełnie innym miejscu, i należy w czas do niego dopłynąć. Począwszy od dosyć łatwego 38th, kolejne spoty były coraz bardziej wymagające, oddalone od siebie ok 10 min (mojego) wiosłowania. Ponadto nie było tu zbyt wielu początkujących, a nikt nie lubi jak „cook” przychodzi i kradnie komuś fale. Na wodzie panują ścisłe reguły i jeżeli ich nie przestrzegasz, lokalesi szybko powiedzą ci żebyś spadał. Chłopaki opowiadali mi, że potrafią być naprawdę podli. Na szczęście ja nie miałam żadnych takich nieprzyjemnych sytuacji. Być może dziewczyny mają łatwiej…


W jeden z ostatnich dni spontanicznie spotkaliśmy się stałą ekipa na „Natural Bridges” (tam się zaczęło, tam się kończy). Po kolejnym epickim zachodzie, wybraliśmy się na pizzę do Pleasure Pizza w Downtown. Po raz co najmniej piąty zapytałam czy mają wlepki. I mieli!! Czy wiecie, że w Stanach raczej się płaci za wszelakie naklejki? Sama nie chce wiedzieć, ile na wszystkie wydałam… na szczęście przypadkiem Jason spotkał starego znajomego, z którym kiedyś tam pracował i wyszłam z całym plikiem wlepek i dwoma koszulkami za darmo!

Podczas posiłku wpadliśmy na genialny pomysł, aby wybrać się z rana, przed pracą na Big Sur. To była ostatnia okazja bo już w kolejne dni czekały nas imprezy pożegnalne. Szalony plan zrealizowaliśmy jeszcze tej samej nocy…

> KOLEJNY POST