Incydent w Roswell

Dzień 3

Tego poranka obudził nas piękny wschód słońca tuż za miastem Albuquerque. Wszystkie nasze rzeczy schowałyśmy do wózka sklepowego, żeby nie tracić energii na noszenie ciężkich plecaków. Przy wejściu do sklepu znalazłyśmy ścianę życia z kontaktami. Gdy Daria robiła zakupy, ja ładowałam telefon z wózkiem stojącym obok mnie. Jeden mężczyzna podszedł zmieszany i spytał:
-jesteś bezdomna, czy o co chodzi…?
-ooh, nie, nie, ja i koleżanka jeździmy autostopem – odpowiedziałam rozśmieszona bezpośrednim pytaniem.

Stanie godzinami na ulicy w upale to coś czego najbardziej się obawiałam. To był właśnie dzień, w którym nas to spotkało. Ludzie podwozili nas tylko krótkie kawałeczki, większość czasu siedziałyśmy i czekałyśmy na zbawiciela. Wszyscy kierowcy pytali nas po co jedziemy do Roswell, przecież tam nie ma nic ciekawego. Na nasze pytanie, czy wierzą w to, że kosmici naprawdę tam wylądowali o dziwo szczerze odpowiadali, że tak, przecież są dowody, ale rząd wszystko ukrywa. Po drodze spotkałyśmy innego autostopowicza, który… nie miał zębów! Przez chwilę robił nam konkurencję, nawet pojawił się później drugi raz na tym samym spocie co my! Haha, ale ten świat mały!

Po spędzeniu połowy dnia wciąż w okolicy Albuquerque, powoli zaczęłyśmy powątpiewać, czy w ogóle uda nam się dojechać do Roswell i zastanawiać się czy nie zmienić kartki na „Texas”. Jednak nasz konkurencyjny autostopowicz miał dokładnie ten napis, więc stwierdziłyśmy, że nie będziemy odgapiać. Okazało się, że Daria przez pół dnia nie miała na sobie bransoletki szczęścia. I wszystko jasne…

W końcu udało się wyprosić pana na stacji, żeby zawiózł nas na autostradę prowadzącą do Roswell, mimo, że kompletnie nie było mu po drodze. Gdy już stanęłyśmy na tej jednopasmowej, całkowicie pustej drodze, pierwszy i jedyny samochód od razu się zatrzymał i zawiózł nas tuż pod wykupiony pół godziny wcześniej hotel za niecałe 10$. Tego dnia przejechałyśmy marne ponad 300 km. Wyszłyśmy na jedzenie i kosmiczne piwka, posłuchałyśmy świerszczy w centrum miasta i wróciłyśmy do obskurnego pokoju. Było miło spędzić pierwszą noc w prawdziwym łóżku od dawna.

Wstałyśmy bardzo zmotywowane w celu odnalezienia kosmitów. Roswell składa się z jednej głównej drogi, po której w kółko jeździ jeden autobus. Plecaki zostawiłyśmy w informacji. Przez pół dnia udało nam się zaliczyć prawie wszystkie atrakcje tego miasteczka:

1. Muzeum UFO, w którym znajdowało się mnóstwo zapisków z lat 40, lista osób które poświadczyły o tym, że widziały niezidentyfikowany obiekt, zdjęcia przerobione mniej lub więcej i najbardziej tandetna wystawa kosmitów, która na koniec wydzielała dym i dziwną muzykę.

2. Sklepy z pamiątkami kosmicznymi lub napisami „Area 51”, ponieważ tajemnica rzekomo badana była w słynnej strefie 51 w Nevadzie. Każdy sklepik posiadał albo wystawę, albo pokój z kukłami kosmitów, a jeden miał nawet Spacewalk, czyli fosforyzujący korytarz.

3. Meksykańską architekturę niecodziennie podkreśloną kosmicznym graffiti.

4. Jedyny na świecie Mc Donald w kształcie UFO.

Jeśli bliżej przyjrzycie incydentowi, to cała historia brzmi dużo mniej tandetnie niż samo miasteczko. Przez to, że odwiedziłam to miejsce, dużo bardziej zainteresowałam się tym tematem i jestem jedną z wielu osób, która wierzy, że w lipcu 1947 roku i nie tylko wtedy na naszej planecie pojawiło się coś nieziemskiego. Odsyłam do lektur: Charles Berlitz & William More „Zdarzenie w Roswell”; Jesse Marcel Jr., Linda Marcell „Roswell. Prawdziwa historia”.

Do dziś nie wiem dlaczego właśnie to miejsce przyciągnęło nas do siebie (może jeszcze kiedyś się dowiem), ale dało nam mnóstwo radości mimo, że spędziłyśmy tam tylko 1 wieczór i dzień.

Jeszcze gdy słońce świeciło udało nam się zatrzymać pierwszego podczas tego tripu tira, w którym poznałyśmy dwóch bardzo pozytywnych chłopaków z teksańskiego miasta Lubbock. Pomocny kierowca Ian postanowił oddać nam swoją darmową opcję nocowania w hotelu w jego mieście. Dzięki niemu kolejną noc z rzędu wyjątkowo się wyspałyśmy i to w luksusach.