San Diego

Czwartego dnia naszej podróży postanowiłyśmy w końcu podjechać do „Hertza” w związku z wadliwym samochodem, w którym nie działały wszystkie porty USB. Po moim niekrótkim monologu dotyczącym naszego rozczarowania wobec firmy, miły pracownik bez zbędnych dyskusji od razu pozwolił nam wymienić nasz marny Volkswagen Jetta na wyższej klasy auto, które sobie wybierzemy. Jakbyście widzieli minę Darii, świeżo przebudzonej na tyle Jetty, gdy podjechałyśmy z Beatką nowiutkim Dogdem Chargerem! Tak się ucieszyła, że aż wytrzeźwiała i stwierdziła, że koniecznie musi prowadzić! Zmiana samochodu znacznie ubarwiła resztę naszej podróży.

Do San Diego dotarłyśmy przed zachodem słońca i trafiłyśmy na jedno z miejsc, które polecał mi Mike na surfa. Ocean Beach to hipisowska dzielnica pełna przeróżnych knajpek, wypożyczalni desek surfingowych i grafitti na ścianach niskich budynków. Połaziłyśmy jak typowe turystki, zjadłyśmy pizzę i kupiłyśmy pamiątki, aby na następny dzień wrócić tu z rana na ostatni tego lata surfing

Wieczorem zrobiliśmy reunion ze znajomymi z work&travel i pojechaliśmy na wyspę Coronado, gdzie mieliśmy okazję ujrzeć cudowną panoramę San Diego nocą.

Następnego dnia z rana wypożyczyliśmy deski surfingowe i próbowaliśmy łapać fale przez godzinkę.  To nie to samo co codzienna praktyka w Santa Cruz, ale miło było wrócić do trochę cieplejszej wody.

Tego dnia zdążyłyśmy jeszcze przejechać się po innej dzielnicy- Pacific Beach oraz wpaść na chwilę do Tijuany w Meksyku. Bez Beatki, bo już się jej wiza skończyła i by bidusia nie wróciła. Przeszłyśmy się z buta przez granicę, żeby kupić Tequillę i stanąć w ogromnej kolejce do Stanów Zjednoczonych. Kontrast tych dwóch krajów jest widoczny gołym okiem, przez dużą ilość opalonych Meksykańców, biedę i brud na ulicach.

Po wizycie na innym kontynencie, ruszyłyśmy z wybrzeża wgłąb gorącej Kalifornii…