San Francisco

Mieszkając w Santa Cruz przez prawie 3 miesiące, starałyśmy się zobaczyć jak najwięcej miejsc w Kalifornii. Pierwsze na liście znalazło się San Francisco. Bardzo żałuję, że nie udało mi się wrócić tam z aparatem, ale przynajmniej teraz mam dobry powód. Tym razem środkiem transportu był… dom na kółkach, czyli oldschoolowy volkswagen naszego dobrego ziomala- Jasona.

Często (codziennie) po pracy wychodziliśmy na tzw. ławki, na przeciwko La bahii, gdzie piliśmy lemoniadę oraz paliliśmy śmieszne papieroski. Pewnego wieczoru, piliśmy wodę u nas w pokoju. Gdy wyszliśmy na zewnątrz podbiegłam do nieznanego mi chłopaka i zaczęłam z nim rozmawiać. Gadaliśmy jakbyśmy znali się od lat. Na początku próbował załatwić mi robotę w restauracji, gdzie pracował, niestety pojawiłam się trochę za późno. Potem umawialiśmy się na surfing i doradzał mi jak nie być kookiem (tj. Januszem). Jason to jedna z osób, która pomieszkiwała tymczasowo w swoim vanie. Jego największym marzeniem jest zmienić świat.  Denerwuje go przetwarzana żywność, głupota ludzka i śmiecenie. Pogrywa trochę na gitarze, docenia łono natury i lubi czasem zapalić śmiesznego papieroska lub dwa. To właśnie jego samochodem postanowiliśmy wybrać się na pierwszą (i nie ostatnią) dalszą wycieczkę.


Na naszego dwu-dniowego tripa pojechaliśmy w 5 osób. Wybraliśmy odrobinę dłuższą trasę wzdłuż ulubionej Highway 1. Naprawdę doceniłam chwilę, gdy siedziałam z tyłu pojazdu sącząc piwko, słuchając kawałków Red Hotów i podziwiając widoki w przedniej szybie, przypominającej ekran kina.

W końcu zobaczyłam w oddali budynki na wzgórzach. Jeszcze nie znaliśmy pierwszego punktu docelowego, ale po głowie chodziło mi jedno miejsce. Jakieś 2 minuty zajęło nam przekonanie Jasona żebyśmy przejechali przez Golden Gate. Nie był na początku chętny, bo podejrzewał, że będzie korek, ale później stwierdził, że w sumie nigdy nie jechał przez ten most swoim vanem, więc czemu nie. Po bokach zaczęłam zauważać charakterystyczne pastelowe domki idealnie wypoziomowane na stromych ulicach. Nie wiedziałam w którą stronę patrzeć, gdy mijaliśmy kolejne skrzyżowania, których przecznice położone były na nieskończenie wielu ulicznych pagórkach. Nagle Daria krzyknęła i daleko na końcu drogi przed nami zobaczyłyśmy kawałeczek wielkiej, czerwonej budowli. Trochę się emocjonowałyśmy, że pierwszy raz w życiu zobaczymy ikonę Kalifornii i do tego przez nią przejedziemy.

Nareszcie wyłonił się z za drzew… czerwony, piękny, OGROMNY… Ja się poczułam jak 3-letnie dziecko i zaczęłam krzyczeć. Daria i Marina to samo, jakbyśmy w totolotka wygrały. Jedziemy sobie przez Golden Gate w piękny, słoneczny dzień vanem jak wyjętym z bajki Scooby Doo. Ludzie przechadzają się po nim jak gdyby nigdy nic, a my się drzemy przez okna ogóra. Po chwili ujrzeliśmy też cudowną panoramę San Francisco.

Wiecie co? Odkryłam, że warto miasto nowe dla twych oczu zobaczyć z fury. Parę lat temu wjechałyśmy z moimi przyjaciółkami BMW Darii do Budapesztu. Nawet nie wiedziałam, jakie tam były słynne budynki, one po prostu nagle zaczęły pojawiać się za szybami okien: budowle, rzeźby, mosty. To było tak emocjonujące, że chyba rzadko mój orgaznim wydziela tyle adrenaliny. Tego dnia miałam podobne uczucie. Popatrzyłam na Darię i nie musiałam nic mówić, ona czuła dokładnie to samo. Tak tak, pierwsze razy są jednak najlepsze!

Przejechaliśmy na drugą stronę i przeszliśmy się po sąsiedztwie. Niezłe tam były chaty, ale widok warty (dosłownie) milion dolarów – panorama San Francisco i Golden Gate za oknem. Wróciliśmy i zaparkowaliśmy furę, żeby tym razem postawić stopę na czerwonym moście.

Po zrobieniu milion sweet foci ruszyliśmy do miasta. Chyba wiecie chociaż trochę jak wygląda San Francisco? Nie kojarzy wam się z ulicami na wzgórzach? Raz w górę, raz w dół, czasem pod naprawdę ostrym kątem. Nie widziałam tam zbyt wielu rowerzystów. Ani vanów! Momentami nie było łatwo ruszyć ze stromej górki, ale daliśmy radę i ani razu nasz ogór nas nie zawiódł. No i super było powozić się po mieście tym gratem. Pierwszego dnia mieliśmy na głowie samochód, więc by uniknąć opłat i mandatu, co 2 godziny musieliśmy zmieniać miejsce. Ale udało się trochę pochodzić po mieście, zjeść słynny sesame chicken w China Town, cyknąć zdjęcie przy Lombard Street i pojechać na epicki zachód na Twin Peaks. Noc spędziliśmy u kolegi Justina, próbując cały wieczór znaleźć melanż na Mission Street. Niestety we wtorek jakoś wiele się nie działo, na koniec udało się potańczyć trochę do latin live music, ale o 1:30 – koniec imprezy…

Twin Peaks

Następnego dnia zastała nas typowa dla tego rejonu bardzo gęsta mgła. Po naleśnikowym śniadaniu i intensywnych dyskusjach, postanowiliśmy zostawić vana na darmowym parkingu i pojechać do miasta lokalnym metrem. No car? No problem. Wysiedliśmy na Powell st. gdzie zaczynają się szyny słynnego tramwaju linowego Cable Car. Od tej pory już tylko chodziliśmy i rozdzieliliśmy się na 2 godziny.

Union Square

Przygotowałam sobie wcześniej moją małą listę rzeczy do zrobienia w San Francisco. Część odhaczyłam dnia poprzedniego, ale wciąż zostało mi: ciasteczko – wróżba w Fortune cookie factory, irish coffee w Bella Vista, przechadzka po Crissy Field oraz wejście na jakikolwiek dach by zobaczyć cudowny widok. Wszystkie te rzeczy miałam szansę zaliczyć po drodze do przejścia na Fisherman’s wharf. W mojej misji towarzyszył mi Jason, dziewczyny załatwiały swoje sprawy.
-Jason, musimy wejść na jakiś dach. Nie będziemy czekać w żadnych kolejkach, ani płacić kasy!
-No dobrze, ale jak ty sobie to wyobrażasz, te wszystkie budynki to są mieszkania lub hotele – mój kompan nie był pesymistą, lecz realistą.
-Nie wiem, możemy wejść schodami przeciwpożarowymi
-Raczej nie ma jak się wspiąć na KOGOŚ balkon, Natalia.
-Dobra, to wejdźmy normalnie do środka i klatką schodową wejdziemy na górę, może akurat będzie otwarte wejście na dach, albo chociaż na najwyższym piętrze cokolwiek zobaczymy. O, może tutaj? – weszłam przez pierwsze lepsze drzwi, tuż za dwoma mężczyznami.
-To akurat jest hotel, co im powiesz na recepcji?
-Nie wiem, nieważne. Może nas nie zauważą – zaczęłam kierować się do windy.

-Przepraszam, a państwo gdzie? – mój epicki plan przerwała starsza pani z Chin, która pracowała na recepcji w tym ekskluzywnym hotelu.
-My? My na górę! – zaimprowizowałam.
-A po cóż to?
-Ach, bo chciałam zobaczyć ten cudowny widok! – przyznałam szczerze, bo zauważyłam jakiś pozytywny błysk w jej skośnym oku.
-Nie ma sprawy! Pozwólcie, że was zaprowadzę! – odpowiedziała ochoczo moja bohaterka.

Jasonowi opadła szczena widziałam to! Ha, zaprowadzi nas na górę. Pewnie jest jakieś okno, przez które jest fajny widok, idealnie! W windzie kobieta wytłumaczyła nam, że jest to jeden z wielu budynków w Kalifornii zaprojektowanych przez jedną z pierwszych kobiet, która została architektem – Julię Morgan. Fakt, iż chciałam dostać się na górę, w ogóle jej nie zdziwił, ponieważ studenci architektury często przychodzą trochę pozwiedzać, więc takich tourów w ciągu dnia wykonuje kilka. Zdziwił ją za to fakt, że pochodzę z Polski i chciałam po prostu zobaczyć widoczek. Wyszliśmy z windy i czekały nas jeszcze schody, a następnie drzwi, które Chinka otworzyła kluczem. I wtedy wyszliśmy na dach. O mój Boże, myślałam, że się posikam ze szczęścia! Tego się nie spodziewałam. Z lewej strony malownicze budynki, z prawej nowoczesne downtown, a przede mną niebieska woda i wyspa Alcatraz. Poczułam się jak królowa na szczycie tego miasta!

Dziękowałam tej kobiecie całą drogę w dół, w końcu spełniła takie moje małe marzenie. Jason mówił, że nigdy  nie był na żadnym dachu w SF :). Jakby ktoś też chciał wejść tu jest adres: YWCA Residence, 940 Powell Street, San Francisco.

A później udało się też: odnaleźć dziewczyny, poobserwować pracowników w fabryce ciastek – wróżb (i kilka oczywiście zakupić) w bocznych uliczkach China Town, przejść Lombard Street, wypić niemożliwie pyszną kawę w słynnej knajpie Bella Vista oraz posłuchać muzyki na żywo i spróbować pierwszy raz małż w Jacks Cannery Bar (dla mnie ohyda)Znakiem końca wycieczki były wycieńczone nogi, wchodzące do dupy.

W tym mieście najbardziej pozytywnie zaskoczyli mnie sami ludzie. Specyficznie poubierani, wyrażając swój styl, nie przejmujący się co myślą inni. Szczególnie w mniej komercyjnych miejscach i w pubach można było to mocno zauważyć. Druga rzecz to fakt, iż było chłodno. Mimo słonecznego dnia, było bardzo wietrznie i bez bluzy by się nie obeszło. Tak, tam wieje, więc kolejną rzeczą, którą wpisałam na listę, to popływać na kitcie przy Golden Gate. Ale to może za rok.

Do SF udało mi się pojechać jeszcze 2 razy. Raz na spontanie z Mikiem i Mariną, ale dzień był zimny i mglisty. Pobujaliśmy się po Crissy field, gdzie znajduje się kite spot (tego dnia nawet widziałam ze 2 kajty na wodzie) i zjedliśmy pizzę w okolicach hipisowskiego Haight-Ashburry. 

Drugi raz pojechałam ze znajomymi na mecz Giantsów. Szkoda, że przegrali, ale nauczyłam sie zasad gry w baseball i zobaczyłam na własne oczy jak Amerykanie przeżywają taki mecz.

Wszystkie miejsca, które tutaj wymieniłam są wg. mnie godne uwagi, więc jeśli kiedykolwiek tam pojedziecie, koniecznie je odwiedźcie, szczególnie jeśli nie chcecie wydawać dużo pieniędzy 🙂 !

> KOLEJNY POST

by Marina