Y’all w Texasie

Dzień 4 i 5

Texas to największy po Alasce stan w Ameryce. Nie planowałyśmy w nim żadnych konkretnych przystanków i jedyne czego pragnęłyśmy, to przejść się do prawdziwego teksańskiego baru. W pierwszym i ostatnim tego dnia samochodzie – wielkim, ubłoconym pick-upie, poznałyśmy dwóch mężczyzn z Nowego Meksyku. Ich hobby to szybka jazda kładami po polach… pod wpływem alkoholu. Przypadkiem tego dnia jechali do sąsiedzkiego stanu po jedną z zabawek. Wylądowaliśmy na teksańskiej wiosce w okolicy Wichita Falls testując kłada, nawet dali mi się przejechać jako pasażer. Chłopcy zabrali nas na pyszny obiad do baru zwanego Texas Roadhouse, gdzie kelnerka co chwilę powtarzała charakterystyczny dla tego stanu zwrot „Y’all”. Ostatecznie stwierdzili, że zawiozą nas do Dallas. Gdy powiedziałyśmy im, że jesteśmy z Europy, nie za bardzo wiedzieli, gdzie to i nie mogli uwierzyć, że to po drugiej stronie planety. Serio, pokazywałam im na GPS-ie i dalej nie wierzyli. Nie należeli do najbystrzejszych, ale niezwykle nam pomogli i byli zabawni. Na koniec przejechaliśmy się po pięknie oświetlonym nocą Dallas. Noc spędziłyśmy bezpiecznie w hotelu na obrzeżach miasta (bez nich :).

Następnego dnia na naszej drodze poznałyśmy kolejnych miłych panów, tym razem w garniturach, którzy stwierdzili, że jak już jesteśmy w Texasie, to wezmą nas na prawdziwe barbecue do ich rodzinnego miasta TylerKnajpa Stanley’s famous była w bardzo pozytywnym klimacie, ludzie niezwykle wyluzowani, a jedzenie było przepyszne. Wyrzucili nas niedaleko od granicy z Louisianą, do której udało nam się dostać tego samego wieczoru. To w tej okolicy powietrze zmieniło się na wyjątkowo wilgotne. Na stacji w Shreveport, na której wylądowałyśmy, znajdowali się bardzo dziwnie wyglądający ludzie, ale jeden mężczyzna myślał, że jesteśmy bezdomne i dał nam 5$, a kierowca tira dał nam kod i pozwolił skorzystać z prysznica. Spędziłyśmy ciężką noc w namiocie, wciąż atakowane przez wilgoć, owady i stres. Już nie mogłyśmy się doczekać aby dojechać do naszego kolejnego celu, którym był Nowy Orlean…