Zion National Park

Gdy Daria pierwszy raz zaproponowała żebyśmy podróżowały autostopem, totalnie ją wyśmiałam. Pomysł ten wydawał mi się kompletnie jak z kosmosu i nie wyobrażałam sobie, żebyśmy łaziły z plecakami na drugim końcu świata. Próbując zaplanować naszą wrześniową podróż rozmyślałyśmy nad wycieczką na Hawaje. Wizja surfowania na wyspie była bardzo kusząca, szczególnie, że Mike opowiadał nam o swoim koledze Henrym, który mógłby nas tam ugościć. Jednak ceny lotów w ogóle nas nie zachęcały, bowiem wydałybyśmy na to ponad połowę zaoszczędzonych pieniędzy, a życie na Hawajach też podobno do najtańszych nie należy. Ale spokojnie drogie Muai, wciąż widniejesz na mojej liście. Większość znajomych umawiało się na wspólne, mocno zaplanowane podróżowanie, jednak znając nasze spontaniczne podejście, nie chciałyśmy uzależniać się od nikogo. Lot do Polski miałyśmy z Nowego Jorku i wciąż nie wiedziałyśmy jak się tam dostaniemy. Najszybszą opcją był oczywiście samolot. Ale czy najlepszą?

Pamiętam ten dzień jak wczoraj, gdy jeszcze w sierpniu Daria namówiła mnie, żebym kupiła mapę Ameryki, tak jak jej koleżanki z pracy. Pomysł od razu mi się spodobał i jeszcze tego samego dnia ogromna, kolorowa mapa zawisła na ścianie naszego pokoju. Patrząc na nią zdałyśmy sobie sprawę jak wielki jest ten kraj i jak wiele różnych od siebie stanów posiada. Jak mogłybyśmy wydać większość pieniędzy na lot na jedną wyspę, czy do Nowego Jorku, omijając po drodze te wszystkie nieznane tereny? Tego dnia wizja autostopu zmieniła mi się o 180 stopni. Mapa wręcz powiedziała nam, że musimy to zrobić. Musimy przejechać całe Stany Zjednoczone wszerz.

Nasza podróż miała trwać cały miesiąc, a pierwsze 2 tygodnie postanowiłyśmy tripować z Beatką, która przyleciała do mnie z drugiego końca Stanów ze swojego programu, specjalnie by zwiedzić Kalifornię. Mimo, że dobrze się nie znałyśmy intuicja podpowiedziała mi, że ta dziewczyna idealnie wklei się w nasze klimaty. W trójkę złożyśmy się na wypożyczenie samochodu. Benzyna jest tam bardzo tania i można dużo oszczędzić, jeśli tylko odstawi się auto w to samo miejsce. Na nasze szczęście Beatka wybierała się z powrotem do Kalifornii na samolot, więc mogła zabrać samochód.

Długo kontemplowałyśmy nad tym gdzie spędzić nasz ostatni wspólny dzień. Nasze ścieżki miały wkrótce się rozdzielić – Beatka miała kontynuować swoją własną podróż, a my rozpocząć naszą przygodę autostopem. Padło na Park Narodowy Zion w Utah, którego mapa sugerowała, że istnieje wyjazd z jego drugiej strony. Wydawało nam się to za idealne wyjście eliminując wszystkich kierowców, którzy wracali w stronę Las Vegas. Nie przewidziałyśmy jednak, że bardzo mała ilość osób wybierze tą właśnie trasę…

Gdy wjechałyśmy do kolejnego stanu – Utah, pierwszy raz zmieniłyśmy strefę czasową – jak to Daria pięknie ujęła – byłyśmy aż o jedną godzinę bliżej do Polski. Wielkie pustynie przeistoczyły się w piękne, ogromne skały kanionu. Wjechałyśmy do parku (wjazd to koszt 30$ za cały samochód) i charakterystyczna brązowa ulica poprowadziła nas na most z bajecznym widokiem.

Tu znajdowało się skrzyżowanie. Jedna droga prowadziła wgłąb parku, gdzie można było dojechać już tylko autobusem, a druga na krętą drogę opisaną jako scenic drive. Nie mogłyśmy się powstrzymać… Kolejna zapierająca dech w piersiach przejażdżka naszym samochodem została dodana do top 10. Nie zabrakło przystanków na podziwianie kóz górskich. To była ulica, na której nazajutrz miałyśmy łapać autostopa… Oto krótki filmik przedstawiający tą chwilę:

Następnie poszłyśmy do informacji, by podjąć decyzję co dalej. Z tamtąd ludzi zabierał autobus i po kolei zatrzymywał się przy rożnych szlakach. My wybrałyśmy Emerald Pools, ponieważ nie był za długi, a wkrótce się ściemniało. Przez 2 godzinki maszerowałyśmy w poszukiwaniu wodospadów, jednak większość z nich była prawie całkowicie wyschnięta, co często zdarza się w lecie. Gdy wracałyśmy było już kompletnie ciemno i miałyśmy szczęście ujrzeć wschód pełni księżyca.

Wróciłyśmy do samochodu by spakować wszystkie rzeczy. Powoli zaczynało do nas docierać, że za chwilę już nie będzie Beatki, ani ciepłego samochodziku, który zabierze nas wszędzie i przetrzyma nasze rzeczy. Nie mogłyśmy wyobrazić sobie lepszej kompanki, podobnie roztrzepanej, szalonej, a zarazem upartej i dążącej do określonych celów. Trio, które stworzyłyśmy było niepowtarzalne i emanowało bardzo dobrą energią. Jednak to był już czas pożegnać naszą ukochaną towarzyszkę, która musiała ruszać dalej, w stronę swojego przeznaczenia.

Ostatnie spojrzenie na Dogde’a, który odjechał z piskiem opon… I wtedy zostałyśmy kompletnie same – ja, Daria, plecaki i torba Malibu. Porzucone na pastwę losu, po drugiej stronie świata. Podłamane usiadłyśmy na krawężniku i zdałyśmy sobie sprawę, co właśnie uczyniłyśmy i zaczęłyśmy myśleć nad tym gdzie dziś będziemy spać…

Niedaleko kempingu znalazłyśmy małą plażę nad rzeczką, gdzie rozłożyłyśmy tylko maty i śpiwory. Było kompletnie ciemno i nie wiedziałyśmy jaki widok nas czeka.

Gdy z samego rana to ujrzałam, już się nie martwiłam i wiedziałam, że właśnie rozpoczęła się podróż mojego życia…

AUTOSTOPEM PRZEZ STANY ZJEDNOCZONE

Dzień 1 (18/09/16)

Miałyśmy tylko 1 dzień na zwiedzenie parku, więc prędko zebrałyśmy się z pięknego spotu. Te plecaki trochę ważyły i nie wyobrażałam sobie, żebyśmy wędrowały z nimi po szlaku w taki gorąc, więc zamiast się męczyć, czy stresować zostawiając je gdzieś w krzakach, zapytałam miłą parkę, czy nie przetrzymają nam ich w swoim namiocie. Oczywiście bez problemu się zgodzili, w zamian zostawiłyśmy im po piwku. Co do wyboru szlaku bardzo czaiłyśmy się na słynne „The Narrows”, czyli wyprawa przez rzekę, jednak brakowało nam ekwipunku na taką podróż, a żal nam było pieniędzy na wypożyczenie specjalnych butów. Spokojnie, jeszcze tam wrócę i przejdę całą trasę. Wybrałyśmy „Angel’s Landing”, gdzie im wyżej szłyśmy, tym piękniej się robiło. To maszerowanie to niezły trening, dawno się tak nie zmachałam. Było bardzo gorąco, ale warte świeczki, pod koniec znalazłyśmy się już bardzo wysoko i trzeba było pomagać sobie specjalnymi łańcuchami. Polecam wszystkim serdecznie ten szlak.

Po męczącej, ale wspaniałej wycieczce umyłyśmy się pod kempingowym prysznicem i stanęłyśmy na pustej, brązowej ulicy, prowadzącej wgłąb parku. Jakimś cudem wszyscy wracali trasą którą przyjechałyśmy i większość samochodów jechała tamtędy tylko po to by przejechać się po krętej drodze i wrócić z powrotem. Naszym jedynym celem na ten dzień było wydostać się z nieszczęsnego parku. W końcu udało nam się złapać pierwszy samochód, w wielkim stylu, bo na pace pick-upa.

Kolejny kierowca przewiózł nas przez znajomą nam już piękną drogę i pozwolił wydostać się z parku. Ale miejsce w którym nas wysadzili nie zachęcało, bowiem było na środku niczego, oddalone kawałek od małej stacji.

Jednak nie traciłyśmy nadziei do samego końca i już prawie po zmroku udało nam się przejechać jeszcze kilkadziesiąt kilometrów do głównej drogi i wielkiej stacji, gdzie dobrze zjadłyśmy w restauracji. Rozłożyłyśmy się na prywatnym kempingu, gdzie pani policzyła nas 5$ i ostrzegła przed grasującymi… pumami.

  • Zuzanna Kamecka

    Wooow! Zdjęcia są cudowne! A pumy brzmią rzeczywiście ciut strasznawo… Gratuluję podróży 🙂

    • Natalia Kusztal

      Dzięki! Na szczęście przeżyłyśmy, za parę dni dalszy ciąg przygód 🙂 zapraszam!

      • Zuzanna Kamecka

        Już nie mogę się doczekać!